• Ala S

    Czekanie na GG było najlepsze…potem było już tylko gorzej. Nie spodziewałam się ze mogą to aż tak zepsuć, wszyscy mówią źle o 7 sezonie, że nie zakończył cyklu we właściwy sposób, no cóż, wolałam tamto zakończenie: perspektywę Lorelai na szczęśliwy związek i Rory startującą w dorosłość. Year in Life wcale nie zrobił tego lepiej: Lorelai oklapła, a Rory zrobiła się nieznośna, i wcale nie rozwiązali tych problemów na przestrzeni 4 odcinków. W ogóle miałam wrażenie że Amy Sherman Palladino naoglądala się Girls. Ale Girls to zupełnie inna konwencja i inaczej też się traktuje zachowania bohaterek. W sumie Rory zrobiła się irytująca już dużo wcześniej, jak zaczęła Yale, ale największe nadzieję wiązałam z powrotem ambitnej, skromnej i ogarniętej dziewczyny. Dodam, że zawsze byłam team Jess, ale ten wyraz twarzy Jessa patrzacego na nią zepsuł mi serial do reszty. Nie chciałabym żeby był z taką Rory. Musical i wizyta Life and Death Brigade – denerwujące zapychacze, miałam ochotę przewinac dalej, ba, nawet wzięłam się za prasowanie, czego nigdy bym nie zrobiła oglądając poprzednie sezony nawet 5 raz. Przez te 6 godzin uśmiechnęłam się statystycznie tyle razy ile zwykle w ciągu 40min odcinka. Żeby nie było tylko narzekania, podobały mi się wątki Emily i Paris. Tzn wyobrażałam sobie Paris w innych okolicznościach, ale sama postać mnie nie zawiodła. Ciekawa jestem czy będą ciągnąć ten serial, a jeśli tak to w jakiej formie, bo było widać, że niektórzy aktorzy nie chcieli do tego wracać i wystąpili tylko gościnnie.

    • Podpisuję się obiema rękami! 🙂 Też jestem bardzo ciekawa kontynuacji – wydaje mi się, że mają na nią ochotę, ale nie jestem pewna czy do końca to przemyśleli. Marka GG jest już wyrobiona i wiadomo, że cokolwiek nakręcą, przyniesie pieniądze. Ale dla nas chyba lepiej będzie zamknąć rozdział GG i ignorować kolejne próby. Mam wrażenie, że nic dobrego z tego raczej nie wyniknie, a te 4 ostatnie odcinki, upewniły mnie w tym 🙂

    • Ola

      uważam, że problemem duetu Palladino (bo to przecież dzieło Amy Sherman-Palladino i jej męża, Daniela Palladino) nie jest wzorowanie się na Girls, ale nadmierne przywiązanie do konceptu zakończenia historii GG, którą ASP wymyśliła kilka-kilkanaście lat temu. ASP dość ostentacyjnie ignoruje nie tylko rozwiązania fabularne, ale właśnie sam rozwój postaci w 7 sezonie (jak słusznie zauważono powyżej, Rory kończy sezon 7 jako pewna siebie kobieta, która wie czego nie chce, a nie jak rozpieszczona („privileged”) mameja). Niestety zgodzę się, że Rory jest najsłabszym ogniwem nowych odcinków – totalnie niezrozumiała dla mnie była jej relacja z Loganem, brak jakichkolwiek skrupułów (a przecież wszyscy pamiętamy, jak to było z Deanem i jego żoną). Ja rozumiem rozwój postaci, który jest nieunikniony, ale to było dla mnie zaprzeczeniem osobowości, którą pokazywano nam przez 7 sezonów – np. totalne nieprzygotowanie na rozmowę w Sandee Says (a to ta sama Rory, która była zła na swojego dziadka, że nie powiedział jej o zaplanowanym spotkaniu z jego kolegą odpowiedzialnym za rekrutację w Yale – bo chciała przygotować się do rozmowy) czy olewanie własnego chłopaka (a to ta sama Rory, która po pierwszym pocałunku z Jessem pobiegła do Deana, żeby go przeprosić za swoje zachowanie).

      • Ala S

        No wlasnie nie do konca przekonują mnie wyjaśnienia, że to było zakończenie wymyslone 8 lat temu – może w jakichs wyjętych z kontekstu szczegółach (typu ostatnia scena), ale sama kreacja postaci Rory to dla mnie próba przedstawienia typowego dorosłego przedstawiciela pokolenia millenialsòw, czego raczej wymyślić nie mogli w tamtych czasach. No chyba, że są wizjonerami 😉

        A jesli chodzi o jej relację z Loganem to akurat mnie nie zaskoczyło, no może opròcz jej przekonania „ja byłam tu pierwsza i w ogóle co ta narzeczona się tu kreci”, i tego ze to ona jest poszkodowaną stroną. Gdy całowała Jessa będąc z Deanem, spała z żonatym Deanem i całowała Jessa by zemścić się na Loganie, przynajmniej miała wyrzuty sumienia. W ogóle jak tak teraz o tym mysle to w pewnym sensie od początku kreowali Rory na osobę, która w związkach (relacjach przyjacielskich tez)głównie bierze, a niewiele daje i ma problemy z bliskością i zaangażowaniem, więc w sumie jej zycie uczuciowe w nowym sezonie jest podsumowaniem tego wszystkiego, no ale jednak czlowiek po x latach dowiaduje się że dostanie to obiecane „closure”, a dostaje rozczarowanie, bo domknięcie wątkòw to raczej pozytywne zmiany w bohaterze i rozwiazanie problemow z ktorymi borykał sie na przestrzeni sezonòw, a nie dorzucenie do pieca.

        Wątek z Paulem byl autentycznie żenujący od pierwszej chwili, jak jakiś kiepski komediowy gag, nie wiem jaki był jego cel – chcieli pokazać że Rory jest egoistką, ale żeby nie było tak ostro to ujęli to w komediowym stylu chłopaka o którym nikt nie pamięta?

  • Ola

    Fajny tekst, natomiast w ogóle nie rozumiem fragmentu: „Prawie 50-letnia kobieta musiała pojechać w dzicz, żeby przypomnieć sobie, jak została porzucona w wieku 13 lat i to naprawiło wszystko? Serio??” – przecież to zupełnie nie o to chodziło. Głównym przesłaniem historii o porzuceniu w wieku 13 lat była reakcja jej ojca – o tym jak wtedy się zachował i tym samym było to jedne z najcenniejszym wspomnień o Richardzie, jakie Lorelai zachowała. Moim zdaniem scena była bardzo dobrze zagrana, podobało mi się bardzo, że w takim momencie zadzwoniła do Emily, a nie do Rory, czy do Luke’a.

    • Wiem, wiem 🙂 Może ujęłam to w skrócie myślowym. O ile rozumiem intencje tej sceny i wiem, o co chodziło, to nie potrafię pozbyć się irytacji, że tak to zrobili. Nie wydaje mi się to wiarygodne. Bo o ile Lorelei zawsze była postrzelona, to ta scena nie ma dla mnie sensu. Ok, dobre wspomnienie o ojcu, ale dlaczego teraz i co to ma wspólnego z tym, w jakim miejscu w życiu L. teraz jest i jak to się ma do jej związku z Lukiem. Jakoś mi to nie zagrało. Chętniej widziałabym tą scenę bardziej w okolicy sceny z domu Gilmore, kiedy każdy miał opowiedzieć jakąś miłą historię o Richardzie, a L. zrobiła to, co zrobiła. Wtedy miałoby to sens. Ale to tylko moje subiektywne przekonanie – pamiętam jak bardzo zirytowała mnie ta scena 🙂