Książki mojego dzieciństwa

Zbliżają się powoli święta, a ja wpadłam w wolniejsze obroty. To taki czas, gdzie wszystko pachnie choinkami, piernikami, mandarynkami i zapachowymi świeczkami. Chce mi się czytać, ale nie mam mobilizacji, żeby pisać co drugi dzień. Myślę sobie jednak, że czasami trzeba też zwolnić, zwłaszcza, że w zamian możecie posłuchać mnie na Youtube 🙂 Dzisiaj, razem z księgarnią Livro wybierzemy się w podróż w przeszłość i zerkniemy w nasze dzieciństwo. Kiedy księgarnia zwróciła się do mnie z propozycją pokazania kilku książek z dzieciństwa, pomyślałam, że to doskonała okazja do tego, żeby zapytać Was, jak czytaliście w dzieciństwie i do zastanowienia się w ogóle nad czytaniem w życiu dziecka. Opowiem Wam też o książkach, które ja pamiętam ze swojego dzieciństwa, choć zrobienie listy było wyzwaniem!

Pierwszą rzeczą, która uderzyła mnie mocno, gdy zaczęłam się zastanawiać nad tym tematem było to, że wybór ulubionych książek z dzieciństwa najbardziej zależy od czasów, w jakich było się dzieckiem. Jestem pewna, że na liście ulubionych książek moich rodziców, liście moich ulubionych książek i liście ulubionych tytułów dzisiejszego nastolatka niewiele będzie książek wspólnych. Nie wiem, czy w ogóle jakaś by się załapała. Zawsze wydawało mi się, że książki, które wymienię później to takie klasyki, które przetrwają wszystko i każdy będzie je znał. Ale teraz muszę zmienić zdanie – życie książek jest bardzo dynamiczne i zmienia się wraz z pokoleniami. I bardzo dobrze, bo inaczej byłoby nudno, gdyby wszyscy musieli czytać te same książki! 

Druga sprawa to nawyki czytelnicze. Często się mówi, że jeśli nie wyrobimy w dziecku nawyku czytania w dzieciństwie, potem już nic z tego nie będzie. A jednak znam wiele osób, które otwarcie mówią o tym, że przez długi czas nie czytały, nie lubiły tego, w ogóle nie były zainteresowane książkami. Dzisiaj, jako osoby dorosłe, nadrabiają stracony czas. Ze mną było zupełnie inaczej – już jako czterolatka chodziłam za mamą, męcząc ją, by pokazywała mi co to jest za literka (wypomina mi to do dzisiaj ;-)). Ja po prostu urodziłam się z miłością do książek i byłam przypadkiem z drugiego krańca – czytałam zawsze i wszędzie, kiedy w bibliotece można było wypożyczyć trzy książki, ja brałam osiem, a w zimie można mnie było zobaczyć, jak woziłam na sankach te sterty do oddania. Pochłaniałam ogromne ilości książek, dlatego dzisiaj jest mi bardzo trudno wskazać te ulubione czy te najważniejsze. Opowiem Wam więc o tych, do których mam sentyment. 

Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren to klasyk klasyków. Napisana w 1947 roku, ostatnio pięknie wznowiona przez Naszą Księgarnię. Pamiętam, że przygody szwedzkich dzieciaków pochłonęłam od razu, a umówmy się, że książka do najcieńszych nie należy. Lisa, Lasse, Bosse, Anna, Britta i Olle są wspaniale zwyczajni, mają te wszystkie fajnie i mniej fajne  pomysły, jakie tylko dzieci potrafią mieć. Mam wrażenie, że zupełnie się nie zestarzała i dzisiaj z przyjemnością też bym ją przeczytała.

Największy sentyment mam chyba do tej książki. Może dlatego, że stoi u mnie na półce ten sam egzemplarz, który był mi czytany przez rodziców, pomazany kredkami przeze mnie i totalnie się już rozpadający? Cały czas zbieram się, żeby zanieść go do jakiegoś introligatora. Wspaniały zbiór wierszy, wierszyków i których opowiadań. Znajdziemy tam takie klasyki jak Słoń Trąbalski, Chory kotek, Leń, wiersze Brzechwy o zwierzętach, teksty Kownackiej, Tuwima, Porazińskiej, Broniewskiego, Konopnickiej, Chotomskiej, Papuzińskiej i wielu, wielu innych. Wspaniała rzecz!

Kajtuś Czarodziej Janusza Korczaka to jedna z najpiękniejszych książek mojego dzieciństwa. Ale myślę, że nie tylko mojego i nie tylko dzieciństwa – to jedna z takich historii, do której w zasadzie można wracać cały czas. Kajtuś to zwykły chłopak, który pewnego dnia odkrywa, że potrafi czarować. Brzmi podobnie do innej książki? 🙂 Korczak napisał ją w 1960 roku, przez co ma pewne naleciałości czy rzeczy, których dzisiaj pewnie byśmy nie umieścili albo napisali inaczej, ale to tylko drobne szczegóły. Cała historia pozostaje niezmiennie wspaniała.

Ania z Zielonego Wzgórza też musiała się tu znaleźć. Podobno istnieją ludzie, którzy jej nie lubią, ale trudno mi to sobie wyobrazić. Nie jestem jakąś ogromną fanką Montgomery, choć oczywiście przeczytałam wszystkie 8 części o Ani. Sentyment mam nawet nie tyle do książek, ile chyba do samej postaci. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przeczytałam “Anię” w całości, ale nabrałam ochoty, by to zrobi. Ciekawa jestem, jak odbiorę ją jako już całkiem dorosła osoba. 

Tajemniczy ogród to jedna z tych książek, które mnie zawsze wzruszają. Nie potrzeba dużych efektów, nie wiadomo jak oryginalnych postaci czy jak szalonych zdarzeń. Czasami wystarczy prosta historia i emocje, z którymi każdy może się utożsamiać. Mała Mary wychowana w Indiach po śmierci rodziców trafia do Anglii. Choć początkowo wydaje się, że to najgorsze, co mogło ją spotkać, to szybko orientujemy się, że wcale tak nie jest. Mary uczy nas, że nie warto się poddawać i pokazuje, jak duży wpływ mamy na własne życie i swoje otoczenie. 

Mała Księżniczka to druga książka Frances Hodgson Burnett, którą uwielbiam. Co zrobić, naprawdę mam wiele uczuć do historii o biednych ludziach (nieważne, czy dzieciach czy dorosłych), którym nagle los się odmienia, oni biorą sprawy w swoje ręce i po wielu przejściach żyją długo i szczęśliwie. Lubię i już. Tutaj też mamy podobną historię – jedenastoletnia dziewczynka pochodząca z bogatej rodziny nagle traci wszystko. Kiedy ojciec umiera, nie ma kto płacić za jej szkołę, a ona sama z pupilki zamienia się w wyśmiewaną pomoc. Oczywiście wszystko kończy się dobrze i tak sobie myślę, że właśnie za to tak lubię te opowieści. Ktoś powie – bajki, ja mówię – historie, które niosą radość i pomagają odetchnąć od trudów dnia codziennego.

Alfred Szklarski jest autorem książek o Tomku Wilmowskim. Jest ich osiem, a dziewiąty tom został wydany pośmiertnie, na podstawie notatek zostawionych przez autora. Wydaje mi się, że to moje pierwsze przygodowe książki, z jakimi miałam styczność i to one są odpowiedzialne za moją potrzebę czytania o świecie i o podróżnikach. Tomek Wilmowski to chłopak, który wychowuje się u wujostwa. Kiedy po latach spotyka się z ojcem, odkrywa, że jest on łowcą łowcą dzikich zwierząt. Od tego momentu sam Tomek rozpoczyna swoje wyprawy. Nie mam pojęcia, jak dzisiaj te książki by się sprawdziły, bo wieki do nich nie wracałam, ale sentyment mam ogromny!

Trochę później zaczytywałam się w Karolu Mayu. Ależ to było szaleństwo! Dobrze, że napisał ich tyle, bo przez dłuższy czas miałam co czytać. Oczywiście, dzisiaj możemy potraktować jego książki jako zbyt poprawne bajki, które niewiele wspólnego miały z rzeczywistością, ale kiedy miałam kilkanaście lat nie miało to znaczenia – Old Shatterhand i Winnetou to jedni z pierwszych bohaterów, do których zapałałam tak wielkim uczuciem. I nie mam tu na myśli młodzieńczego zakochania, ile bardziej wielką fascynację i podziw. I te dwie rzeczy do tej pory mi zostały, jeśli spotykam bohaterów, którzy są niepozorni, ale tak naprawdę nieustraszeni, zwykli, a jednak niezwykli, którzy posiadają ogromną wiedzę, wszystko potrafią i zawsze wychodzą obronną ręką z konfliktów.

Żaden sentymentalny wpis o książkach z dzieciństwa nie mógłby się obyć bez Trzech Detektywów! Podliczając Przygody Trzech Detektywów i Nowe przygody Trzech Detektywów łącznie wychodzi 61 książek. Do dzisiaj pamiętam, jak chodziłam do biblioteki i jaka to wielka była radość, jeśli trafiłam na jakiś tom, którego jeszcze nie czytałam. Ostatecznie udało mi się przeczytać wszystkie i do tej pory uważam, że to jedne z lepszych książek, by zachęcić młodszą młodzież do czytania. Chłopcy z serii są świetni, przygody i zagadki bardzo ciekawe i wystarczy złapać bakcyla rozwiązywania tajemnic, by cieszyć kilkudziesięcioma książkami. Czy może być coś lepszego?

Jestem bardzo ciekawa, jakie książki z dzieciństwa wymienilibyście Wy! Dajcie znać:)