Dzieci Norwegii

<img class="aligncenter size-full wp-image-5822" src="http://bardziejlubieksiazki try this site.pl/wp-content/uploads/2016/09/norwegia-Kopiowanie-e1475242979978.jpg” alt=”norwegia-kopiowanie” width=”150″ height=”242″ data-id=”5822″ />

To nie jest książka o Barnevercie, którego działalność znacznie wykracza poza odbieranie dzieci. Ani o Polakach w Norwegii, bo większość nigdy nie miała do czynienia z urzędem. To opowieść o przypadkach, kiedy te dwa światy się stykają.

O tej książce Maciej Zaremba Bielawski napisał, że to koronkowa robota. Wiele czytelników określa ją jako szokującą i wstrząsającą. Mnie jej lektura nie zszokowała, choć opisane przypadki rzeczywiście do szokujących mogą należeć. To chyba zasługa autora. Czarnecki zręcznie przedstawił temat, trzymając się faktów i opisując konkretne wydarzenia, zupełnie odcinając się od wartościowania, dochodzenia prawdy, przypuszczania czy zgadywania jak faktycznie mogło być i kto ma rację. Książka nie odpowiada na żadne pytania, wręcz tworzy nowe, a czytelnik zostaje z jednym wielkim pytaniem po lekturze – No dobrze. Ale jak to właściwie w końcu jest? Jeśli zamierzacie przeczytać tę książkę, żeby zobaczyć, jak to w tej Norwegii jest źle, bo dzieci zabierają, rozczarujecie się. Ale jeśli chcecie przeczytać o tym, jak jest dobrze i że to Polacy trochę za bardzo przeżywają i zmyślają, a w ogóle to na pewno ich wina, jeśli im dzieci zabrali, też się rozczarujecie.

Bielawski ma rację pisząc o koronkowej robocie. Wydaje się, że Czarnecki podszedł do tematu zupełnie bez emocji, bez uprzedzeń, bez własnego zdania. Miał tylko (i aż) ogromną ciekawość wysłuchania obu stron, a potem przedstawienia tego swoim czytelnikom. I o ile opisane historie są przeróżne – bawią, wzruszają, ale też szokują i wywołują naprawdę wielkie zdumienie, nigdzie, na żadnej stronie, w żadnym, nawet najkrótszym zdaniu, autor nie ocenia, nie zdradza się ze swoim zdaniem, nie podpowiada nam, co mamy myśleć. Przez to jest to wyjątkowy tekst, bo każda osoba, która go przeczyta, odbierze go inaczej, przez pryzmat własnych doświadczeń i własnej wiedzy.

I o tej względności należy pamiętać czytając ten reportaż. Czarnecki zestawia ze sobą dwa światy – polski i norweski i pokazuje różnice między nimi. Niektóre mniejsze, niektóre większe, ale jeśli chodzi o podejście do rodziny i wychowania dzieci, nagle pojawia się wielka przepaść. A pokonanie jej wymaga naprawdę wielkich pokładów tolerancji, zrozumienia inności, dostosowania się. Nie wszyscy to potrafią, nie wszyscy chcą pokonywać taką przepaść. Czarnecki nie opiera się tylko i wyłącznie na konkretnych przypadkach – daje nam lekcję historii Norwegii, opowiada o tym, dlaczego są tacy, jacy są, jakie mają prawo i jak to wpływa na ich narodową osobowość i mentalność. Wskazuje różnice w postrzeganiu rzeczywistości i jak te różnice przekładają się na konflikty. Przeciwko Barnevernet najgłośniej protestują imigranci. Nagle znaleźli się w kraju, w którym przemocą jest chociażby szarpnięcie dziecka za ucho. Często jest to dla nich nowa, absolutnie absurdalna sytuacja. Jak dwie osoby (rodzic dziecka i urzędnik z Barnevernetu) mogą się dogadać, mając tak odmienny światopogląd? Obydwu chodzi o to samo – o dobro dziecka. Problem w tym, że każdy jest przekonany, że to jego droga jest tą właściwą. Norwegia wymyśliła sobie, że będzie państwem idealnym dla rozwoju dzieci, państwem opiekuńczym, chroniącym najmłodszych. W teorii brzmi to pięknie, ale już w praktyce wszystko się trochę rozjeżdża. Bo teorię realizują ludzie, którzy przecież są różni. A pracownicy budują opinię całej firmy. I tak dalej…

Czarnecki rozdziały z danymi, z liczbami, faktami i historią przeplata z rozdziałami pełnymi emocji. Konkretne przypadki polskich rodzin w ogóle nie ułatwiają oceny sytuacji. Bo kiedy przeczytamy historię o rodzicach, którym zabrano dzieci, myślimy, że już wiemy po czyjej stronie stanąć. Ale za chwilę czytamy o innej rodzinie, której dzieci nie zabrano. Innej udzielono sporej pomocy. Jeszcze inni rodzice wyrażają się całkiem pozytywnie o Barnevercie. Ale po chwili znowu czytamy historię odebrania dzieci. Czarnecki przedstawia fakty z każdej strony – mamy dzieci bite i z patologicznych rodzin, ale wcale nie odebrane rodzinie (na przykład Breivik), mamy dzieci bite i odebrane rodzinie, ale mamy też dzieci nie bite, a odebrane i dzieci nie bite i nie odebrane. Prawdziwy galimatias, z którego wyłania się jeden główny wniosek – każdy ma swoją prawdę. Czarnecki opisuje sytuacje, kiedy Barnevernet ratował dzieci z opresji, ale opisuje również takie, gdzie się pomylił i w których ewidentnie zawinił. Jak to oceniać? Liczyć, których sytuacji było więcej? Wybierać mniejsze zło? Likwidować instytucję, bez względu na to, ile dobra zrobiła? Zostawiać ją w niezmienionym kształcie bez względu na to, ile zła zrobiła? Próbować ją przekształcać? Kto ma rację? A przecież i tak wcale to nie jest takie proste, bo dochodzi jeszcze naprawdę wiele innych czynników, które są istotne w rozpatrywaniu tego zagadnienia. 

Książka jest pełna pytań bez odpowiedzi. Norwegia jako państwo dużo daje, ale też dużo wymaga. Polska daje mniej i mniej wymaga. Co jest lepsze? Kto ma rację? Polak, który uważa, że rodzina to podstawa społeczeństwa i co się dzieje w czterech ścianach, zostaje w czterech ścianach? Czy Norweg, który uważa, że najważniejszy jest rozwój dziecka, a najlepszy rozwój wcale niekoniecznie musi być w rodzinie biologicznej? Czarnecki zderza biurokrację i państwową instytucję z emocjami rodziców.

Musimy pamiętać, że tematyka odbierania dzieci jest dużo szersza niż kontekst norweski. Przecież Norwegia nie jest ani pierwszym, anie jedynym państwem, które wymyśliło sobie, że ma do tego prawo. Można by całą książkę napisać na ten temat. Norweski aspekt to jedynie wycinek bardzo szerokiego tematu, w którym znajdzie się miejsce również i na polski rozdział. Więc warto podejść do tej książki z otwartą głową, bez uprzedzeń, ponad wszelkimi emocjami i osobistymi doświadczeniami. To jest w tym wszystkim najtrudniejsze – żeby zrozumieć. Ale jak pokazuje Czarnecki, można. My mamy niestety tendencję do oskarżania całego świata, że jest przeciwko nam, podczas gdy my jesteśmy święci. A to nie do końca tak działa.

Dawno nie czytałam reportażu, którego odbiór aż tak bardzo zależy od czytelnika. Wiem, każda książka jest odbierana różnie przez różne osoby. Ale zazwyczaj możemy znaleźć jakieś uniwersalne prawdy, wspólne punkty dla każdego, rzeczy, które dla wszystkich są takie same i odbierane w podobny sposób. Tutaj mam wrażenie, że odbiór zależy tylko i wyłącznie od osobistych doświadczeń czytelnika bądź jego znajomych, lub ich braku. Przypuszczam, że w takim przypadku, lektura wzbudzi o wiele więcej emocji. Ale wielki plus tej książki jest taki, że całkiem skutecznie rozprawia się z mitami, miejskimi legendami i głuchymi telefonami, które krążą wokół ludzi. Zamiast się domyślać, oskarżać czy to Norwegię, czy to Polaków, krytykować, straszyć siebie i innych, po prostu przeczytajcie. Ja po przeczytaniu trochę mam wrażenie, że Barnevernet stał się takim postrachem, czymś, co stworzono, by ludzie się bali. Tak samo, jeśli młody człowiek idzie na egzamin prawa jazdy, jest przez wszystkich znawców, wiedzących i zdających po raz 17 informowany (oczywiście z dobroci serca, z chęci podzielenia się wiedzą i pomocy), że egzaminator na pewno wstał z zamiarem oblania cię na tym egzaminie. I nie ważne, co zrobisz, jak jeździsz, on cię obleje, bo tak. Ja byłam na kursie całkiem pewna swoich umiejętności, ale pod koniec zauważyłam, że mimo wszystko udziela mi się panika i włącza spiskowe myślenie. Potrzebna mi była osoba, która przypominała mi, że egzaminator wcale mnie nie chce oblać, a to, czy zdam, zależy od tego, jak jeżdżę, od niczego innego. Oczywiście nie porównuję egzaminu na prawo jazdy do zabrania z domu dziecka, ale mechanizmy działają bardzo podobne w obu przypadkach. Czegoś trzeba się bać, kogoś trzeba obwiniać, więc skarżmy się na Barnevernet, bo ktoś gdzieś kiedyś napisał o nim coś złego.

I tak jak książka w zasadzie nie zostawia nas z żadnymi oczywistymi wnioskami, ja was zostawiam z tym co napisałam do tej pory, choć wcale nie czuję, żebym ogarnęła ten temat. Tym bardziej podziwiam autora, że potrafił stworzyć spójny tekst o tak bardzo odmiennych światach. Przeczytajcie tę książkę, bo warto wiedzieć! I poślijcie ją w świat, swoim znajomym, tym mieszkającym w Polsce i w Norwegii. A ja swoją drogą jestem bardzo ciekawa waszych opinii o tej książce! A jeszcze ciekawsza, czy z własnych doświadczeń, albo doświadczeń znajomych mieliście do czynienia z instytucją B.?

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję

czarne, reportaż, nonfiction

(function() {
var bbtag = document.createElement(„script”);
bbtag.type = „text/javascript”;
bbtag.async = true;
bbtag.src = „https://buybox.click/786/buybox.js?number[]=9788380493735”;
document.getElementsByTagName(„head”)[0].appendChild(bbtag);
})();

 

 

 

  • Zderzenie różnych mentalności rzadko nie prowadzi do konfliktu. Z wypaczeniami trzeba walczyć, ale warto pamiętać, że to Norwegowie są niejako gospodarzami.

  • czytelniczka

    Mieszkam w Norwegii. Mam 2ke dzieci w przedszkolu.Przeczytalam ksiazke.Mam gonitwe mysli w obie strony.Jednakze wiekszosci polskich rodzin opisanych w tej ksiazce nie rozumiem, kochaja ale daja klapsy, mieszkaja nad murzynskim barem, matka jest z pijakiem ktory funduje dzieciom traume do konca zycia.Czy dzieci musza placic za bledy rodzicow?Pojechalam do polski na swieta.W centrum handlowym szla rodzinka z dziecmi i pierwsze co uslyszalam w naszym pieknym kochajacym sie kraju to ‚nie uciekaj bo w dupe dostaniesz!’.Super.Polecam ksiazke aby wyrobic sobie zdanie samemu. Aby zobaczyc jacy my Polacy jestesmy.Nie bronie Norwegow, absolutnie.Zgadzam sie z wieloma ich argumentami ale jednoczenie mam ogromne zastrzezenia do innych ich argumentow/dzialan.Nigdy nic nie jest czarne czy biale.Kazda sytuacja jest inna i potrzebuje indywidualnego podejsca.Mam pytanie.Czy mozna te ksiazke znalezc przelozona na angielski lub norweski.Pozdrawiam.

    • Napisałaś dokładnie to, co myślałam po lekturze. Nic nie jest ani czarne, ani białe, nikt nie jest bez wad. Czarnecki bardzo ładnie to wszystko ujął, przedstawił rację obu stron. A sztuka polega na tym, żeby znaleźć w tym wszystkim równowagę 🙂 Nie mam pojęcia czy jest przekład – spróbuj napisać do Czarnego.