Aurora Tamigio || Tłumaczenie Agata Pryciak
Przed wami kolejna włoska powieść z Książnica, w której się zakochałam! W tamte wakacje czytałam “Życie, które nam pozostało”, powieść o miłości, która rozproszy największy mrok. I o rodzinie, która musi przetrwać najtrudniejszy czas. To była książka, od której nie potrafiłam się oderwać, która pokazała mi moc włoskiej literatury i dała do myślenia – kocham Włochy, może czas zagłębić się we włoskie książki?
I w tym roku to samo pokazała im kolejna włoska książka z tego wydawnictwa. “Tam, gdzie rosną cytryny” to powieść, która złamie wam serca na samym początku, ale poskleja je na nowo w trakcie przekładania kartek. Zakochacie się we Włoszech i Sycylii, choć nie bezkrytycznie. Zaczniecie za czymś tęsknić, ale nie będziecie umieli do końca nazwać, za czym. Ja w moim przypadku się domyślam – mi uruchomiła się tęsknota za babcią. Chociaż moja własna osobista rodzina czasami zachowuje się jak włoska – widujemy się wszyscy razem rzadko, a jak to się dzieje, to każdy mówi w tym samym czasie i wie najlepiej – to brakuje w niej dziadków i babć. Tak się ułożyło – żartuję sobie, że teraz nadrabiam sobie braki emocjonalne w pracy z seniorami…
Autorka opowiada o rodzinie Maravigliów. A konkretnie o kobietach z tej rodziny – o pierwszej dziewczynce w rodzinie Rosie, o jej córce i wnuczkach. To saga, a więc poznajemy je na przestrzeni lat – a opowiadaną historię jedna kobieta przejmuje po drugiej i ją kontynuuje. Pokazują nam świat włoskich miłości i namiętności – żywy, dynamiczny, intensywny. Świat, w którym rodzina jest na pierwszym miejscu, w którym oddanie jest bezwarunkowe. Ale to jednocześnie świat, w którym kobieta nie istnieje – a jeśli już, to zauważa się ją tylko po to, żeby ją zlać. To świat przemocy domowej, wychowania dziewczynek tylko do roli żony i matki, w którym kobieta nie ma praktycznie żadnych praw. To nie jest pierwsza myśl, która nam przychodzi do głowy, kiedy myślimy o Włoszech prawda?
Nie jest więc słodko i uroczo, a Włochy pokazują swoje patriarchalne i machowskie oblicze. Ale włoskie kobiety są silne i wiele trzeba, żeby je złamać. Autorka pokazuje ich niesamowitą moc łączenie pokoleń, odnajdywania zawsze tego, co ważne i trzymania w jednym kawałku rodzin, mimo wszystko. Opowiada o ich odwadze, o wierze w to, co robią i o zdecydowaniu jeśli chodzi o podejmowanie decyzji…
Mam poczucie, że ta powieść to kwintesencja włoskości. Nie dziwię się, że we Włoszech zwariowali na jej punkcie. To była ogromna przyjemność płynąca z lektury – mimo trudnych tematów, poważnych spraw, wcale nie błahych i nieistotnych. Losy rodziny Maravigliów wciągnęły mnie bez reszty, pokochałam te kobiety, przeżywałam z nimi wzloty i upadki – i pozostaną ze mną jeszcze na długo. Siła takich sag tkwi w pokazywaniu, co otrzymujemy od poprzednich pokoleń. Że każda osoba, owszem, jest osobną jednostką, ale rodzina, w której się rodzimy to ale=bo nasza siła, albo nasza słabość. Kobiety, które były przed nami, przecierały nam szlaki. Ich decyzje wpływają na nasze współczesne życie. Ich odwaga sprawia, że my dzisiaj możemy podążać własną ścieżką. Każda jednostkowa historia jest osadzona bardzo mocno w historii całej rodziny – i myślę, że to bardzo cenna lekcja. Tak jak wcześniej wspomniałam, ja osobiście nie mogę wymienić żadnej rzeczy, którą mogłam wziąć lub otrzymałam od poprzednich pokoleń, od babć. Wyobrażam sobie jednak, że jest to olbrzymia wartość.
Co ciekawe, ja wcale nie przepadam za ani sagami, ani za realizmem magicznym. A tutaj autorka przyznaje się do bycia fanką Marqueza i realizmu magicznego. Ale widocznie realizm realizmowi nierówny. Agata Pryciak przetłumaczyła ją fantastycznie. Jeśli chcecie ogrzać swoje serce, przenieść się do słonecznych Włoch, ale pamiętając o tym, że tam gdzie słońce, jest też cień i poznać kobiety, które na długo zostaną w waszych sercach, czytajcie “Tam gdzie rosną cytryny”. Gwarantuję wzruszenie i emocje, piękny język i kawał porządnej historii, opowiedzianej tak, że nie można przestać czytać.


