Są książki, które próbują uporządkować świat. Są też takie, które przypominają nam, że świat wcale nie musi być uporządkowany — i że przypadek, pamięć, strata czy dziwne zbiegi okoliczności są częścią naszego życia równie mocno jak to, co wydaje nam się przewidywalne.
Tak właśnie pisze Selja Ahava. Fińska autorka w swoich książkach chętnie przesuwa granice między rzeczywistością a wyobraźnią. Jej bohaterowie próbują odnaleźć się w sytuacjach, których nie da się łatwo wyjaśnić ani poukładać. Jej debiutancka powieść Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn już samym tytułem zapowiada historię, w której rzeczywistość nie zawsze trzyma się swoich zasad.

Twoją najnowszą książką dostępną dla polskich czytelników jest właściwie Twoja debiutancka powieść. Po fińsku nosi tytuł Eksyneen muistikirja – najbliższe angielskie tłumaczenie, jakie udało mi się znaleźć, to coś w rodzaju „notatnika zagubionej osoby”. Angielski tytuł brzmi jednak The Day the Whale Swam Through London, polski również. Skąd taki pomysł?
Masz rację co do tytułu. „The Day the Whale etc.” był pomysłem mojego niemieckiego wydawcy i bardzo mi się spodobał – żałowałam nawet, że sama na to nie wpadłam! – a w innych językach sprawdza się jeszcze lepiej, dlatego agent wykorzystał go w swoim katalogu. Fiński tytuł nie daje się łatwo przetłumaczyć.
Wiele tematów, które poruszasz – choroba, strata, przypadek, tożsamość – dotyka rzeczy, których często się boimy albo o których wolimy nie myśleć. Czy postrzegasz fikcję jako sposób na konfrontowanie się z tymi lękami – zarówno dla siebie jako pisarki, jak i dla swoich czytelników?
Osobiście nie szukam pocieszenia i nie sądzę, żeby było ono koniecznie celem sztuki (oczywiście czasami sztuka może je przynieść). Sztuka może również niepokoić, poruszać, burzyć, niszczyć. Piszę o rzeczach, które chcę zrozumieć, o myślach, którym chcę nadać kształt, które chcę sformułować. Fikcyjne historie mogą pomóc nam nadać sens czemuś, co w innym przypadku mogłoby wydawać się przerażające, przytłaczające albo chaotyczne. Historie pomagają nam zachować zdrowy rozsądek. Nadają znaczenie, a to jest dla nas niezwykle ważne.

W styczniu 2006 roku wieloryb rzeczywiście wpłynął do Tamizy, przepłynął obok Parlamentu i dotarł aż do Chelsea – był to pierwszy taki przypadek od 1913 roku. Trudno sobie wyobrazić, że o tym nie wiedziałaś. Czy umieściłaś wieloryba w wyobrażeniach Anny właśnie po to, by czytelnik nie mógł stwierdzić, co jest prawdą, a co nie?
Mieszkałam w Londynie przez pięć lat, od 1998 do 2006 roku, i rzeczywiście byłam tam, kiedy wieloryb płynął Tamizą. Oglądałam go na żywo w telewizji w domu, ale nie wsiadłam na rower i nie pojechałam nad rzekę, żeby zobaczyć go na własne oczy, czego później żałowałam. Fikcyjna scena jest więc odrobinę rekompensatą za to, co przegapiłam! Dla mnie to wydarzenie jest pięknym przykładem magicznego realizmu, który wydarza się w prawdziwym życiu. Prawdziwy świat potrafi zaoferować nam takie fantastyczne chwile. To coś, co inspiruje mnie jako pisarkę.
Czytelnicy mówią, że nie sposób oddzielić tego, co naprawdę wydarzyło się Annie, od tego, co sobie wyobraziła. Czy Ty wiesz, jak było naprawdę? Czy prawdziwa wersja historii została gdzieś zapisana w Twoich notatkach?
Nie. Książka jest „splotem” trzech lub czterech różnych Ann. Innymi słowy, we wczesnej wersji powieści istniało kilka odrębnych historii dotyczących różnych Ann. Później luźno splotłam je w jedną. Luki i niepewność są ważną częścią zarówno doświadczenia Anny, jak i doświadczenia czytelnika. Narracja w książce jest całkowicie podporządkowana doświadczeniu Anny, a czytelnik ma dostęp tylko do tego jednego okna, przez które może zaglądać. Można powiedzieć, że dostaje jedynie wersję świata Anny. Nie istnieje nic poza nią – nawet w moich notatkach.
Spośród wszystkich miejsc, w których Anna mogła zniknąć, wybrałaś Londyn. Co to miasto daje komuś, kto sam siebie traci?
Jak wspomniałam wcześniej, przez wiele lat mieszkałam w Londynie. Uwielbiałam możliwość zniknięcia w niekończącym się tłumie obcych ludzi, choć czasami sprawiało to również, że czułam się bardzo samotna. A może i tak byłam samotna, a tłum po prostu pomagał nadać kształt mojej samotności. W Finlandii nie można zrobić czegoś takiego – jest nas po prostu za mało. Tutaj trzeba zniknąć w dziczy, a nie w tłumie. Życie w wielkim mieście dało mi ogromną wolność. Naprawdę bardzo lubiłam mieszkać w Londynie.

Już po raz drugi potrzebowałaś kogoś sprzed czterystu lat – najpierw Kolumba, a później Merian. Co postać historyczna może dać Ci jako pisarce, czego nie może dać postać wymyślona?
Cóż, przede wszystkim zarówno Kolumb, jak i Maria w moich książkach są oczywiście postaciami fikcyjnymi. Po prostu zapożyczają pewne elementy od konkretnych postaci historycznych – w przypadku Marii od kilku różnych osób. Pomysł wykorzystania innej epoki historycznej jako tła dla książki wziął się właściwie z lektury powieści Namiętność Jeannette Winterson. Opisuje ona wojny napoleońskie, a następnie w piękny sposób miesza je z pewnymi nierealistycznymi elementami. Jej pisanie jest bardzo współczesne, nie ma w nim nic z tego „ciężaru powieści historycznej”, i jakoś właśnie to otworzyło mi oczy. Można to zrobić w taki sposób!
Narratorka chce nazwać każdy mięsień i każdy włos na ciele swojego męża. Merian klasyfikuje owady, Kolumb nadaje nazwy wyspom. Czy nazwanie czegoś sprawia, że przestaje znikać?
Tak, dokładnie tak to działa w moim przypadku. Właśnie to mam na myśli, mówiąc o „nadawaniu czemuś formy” za pomocą słów – o próbie zrozumienia czegoś. Można powiedzieć, że właśnie dlatego piszę.
Mąż staje się kobietą, owady przechodzą metamorfozę, pamięć rozpada się na kawałki, a kobietę uderza coś, co spada z nieba. Wszystkie te rzeczy są przemianami i niemal żadna z nich nie jest dobrowolna. Czy za każdym razem jest to ten sam temat, czy tylko z zewnątrz wydają się podobne?
Dość często dopiero po fakcie zauważam, że poprzednia książka zawierała w sobie zalążek kolejnej. Że jakiś element tematu albo jakieś pytanie pozostało nierozwiązane, więc musiałam je kontynuować. Ale te procesy nigdy nie są w pełni świadome. Dostrzegam je dopiero z perspektywy czasu. Można powiedzieć, że moje pierwsze trzy książki dotyczyły straty. Być może jest to temat, do którego wciąż wracam. Najnowsza powieść, He Who Saw the Deep (która ukaże się później po polsku), krąży wokół śmiertelności i naszego pragnienia, by stać się nieśmiertelnymi. A więc znowu jesteśmy w tym samym miejscu… Być może wszystko sprowadza się do śmierci. Po prostu jej nie rozumiem i wciąż o niej piszę – w różnych formach i kształtach.
Co prowadzi nas do kolejnego pytania, które muszę zadać – Nad czym obecnie pracujesz i czego możemy spodziewać się w przyszłości?
Napisałam eseje wspólnie z inną fińską pisarką, Emmą Puikkonen. W naszej wcześniejszej książce Rakennenautintoja (Pleasures in Structures) skupiłyśmy się na strukturze powieści – na tym, w jaki sposób struktura tworzy znaczenie w powieści, jakich wyborów dotyczących konstrukcji dokonujemy podczas pisania i jak wiążą się one z obrazem świata, który przekazuje książka.
Teraz napisałyśmy swego rodzaju uzupełnienie tamtej książki eseistycznej – A Workbook, czyli zeszyt ćwiczeń, który jest nieco bardziej praktyczny. Zawiera krótsze rozdziały dotyczące różnych aspektów procesu pisania: rytmu, kontrastu, tonu, sposobu pracy, redakcji, technik narracyjnych itd. Dzielimy się własnymi doświadczeniami, zadajemy pytania, zastanawiamy się nad różnymi kwestiami, rozmawiamy z innymi artystami i badaczami, a każdy rozdział zawiera również kilka ćwiczeń.
Napisałam także tekst dla hiszpańskiej współczesnej kompozytorki Raquel García-Tomás. Utwór będzie miał premierę w przyszłą Wielkanoc w Hiszpanii. Jest luźno oparty na powieści He Who Saw the Deep. Próbuję również rozpocząć pracę nad kolejną powieścią. Na razie jeszcze się to nie wydarzyło, ale wciąż próbuję…

Wow, to wszystko brzmi fantastycznie! Czy kiedy zaczynasz pisać powieść, znasz już jej zakończenie, czy odkrywasz, dokąd zmierza historia razem ze swoimi bohaterami?
Na początku właściwie w ogóle nie pracuję z fabułą – tak po prostu nie działa moja wyobraźnia. I nigdy nie zaczynam od początku i nie posuwam się stamtąd krok po kroku do przodu. Piszę pojedyncze, niezwiązane ze sobą fragmenty, a potem te fragmenty zaczynają tworzyć między sobą połączenia i skojarzenia. I właśnie w ten sposób posuwam się naprzód. Przez cały proces pisania każdego dnia skupiam się na różnych scenach. Jednego dnia pracuję nad jednym miejscem w tekście, następnego nad zupełnie innym. W miarę pisania zmieniam strukturę książki. Oczywiście, jeśli dzieło nie jest oparte przede wszystkim na fabule, trzeba znaleźć dla niego inną podstawę. Musi istnieć jakiś rodzaj przepływu i ciągłości – trzeba je odnaleźć w trakcie pracy, a następnie na nich budować.
Czy zdarza Ci się utknąć podczas pisania? Jeśli tak, co zwykle pomaga Ci ruszyć dalej?
Zmywam naczynia albo robię pranie. Im gorzej idzie mi pisanie, tym bardziej uporządkowany jest dom! Mam radę dla pisarzy: jeśli coś sprawia problemy i nie pasuje bez względu na to, ile razy to przepisujesz albo jak bardzo próbujesz zmienić kształt tego fragmentu – wyrzuć to. Po prostu to usuń. Mam też ogromne szczęście, że dzielę życie z innym pisarzem. Mój mąż Stefan i ja prowadzimy świetne rozmowy podczas lunchu! Jest moim najbardziej zaufanym i pierwszym czytelnikiem – to do niego zawsze zwracam się w pierwszej kolejności.
Wiem, że to trochę tak, jakby prosić rodzica o wskazanie ulubionego dziecka, ale muszę zapytać: czy masz swoją ulubioną powieść spośród tych, które napisałaś?
No więc odpowiem jak matka: nie mam ulubionej.