
Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o chyba najdziwniejszej książce, jaką w życiu czytałam. A że czytam około 150 książek rocznie, to pomyślcie, jak bardzo dziwnym trzeba być, by zasłużyć na to miano. Bardzo chcę Wam o tej książce napisać, ale trochę nie wiem, jak się za to zabrać. Bo wiem, że jest traktowana jako wybitna, genialna, może nawet kultowa. Jest w niej TYLE odniesień, że zapewne nie złapałam nawet połowy z nich. Ale po raz kolejny tłumaczę sama sobie, że przecież nie robię analizy literackiej, nie piszę nawet prawdziwej recenzji, a jedynie spisuję własne odczucia, więc w sumie mogę Wam coś o niej napisać, prawda? Nawet pomijając ważne rzeczy? 😉
A więc po kolei. Najpierw fabuła! Oczywiście, nic Wam o niej nie napiszę, bo (i wiem, że piszę to za każdym razem, ale tym razem to najprawdziwsza prawda) odkrywanie jej na własną rękę jest absolutnie fantastyczną drogą. Jedyną informacją, którą mogę podać jest to, co znajdziecie z tyłu okładki. Zrobię to głównie po to, żeby zachwycić się pomysłem. Który tak naprawdę nie jest przecież ani nowy, ani jakoś szczególnie odkrywczy, ale Mark Z. Danielewski zrobił z nim coś, co rzuca urok na czytelnika. Nie wiem co, wiem tylko, że zachwyca. Mamy więc Johnny’ego Wagabundę, który znajduje notatnik Zampano, staruszka, który zmarł. W notesie natomiast jest Relacja Navidsona, opatrzona przez Zampano licznymi przypisami. Tak licznymi, że są nawet przypisy do przypisów. Relacja to opis nagrań filmowych, które przedstawiają wydarzenia z domu Willa Navidsona oraz zebrane wywiady z osobami związanymi z domem i jego mieszkańcami. Czy zdradzę za dużo, kiedy napiszę, że w domu pojawia się coś, czego być nie powinno i co wpłynie na życie nie tylko bohaterów Relacji, ale również na życie Zampano, potem na życie Johnny’ego… Wydaje się, że wpływa na każdego, kto przeczytał Relację… A teraz ty ją trzymasz w rękach… Czy zaczniesz? Czy dokończysz? A może odłożysz?

Już na samym początku rodzą nam się w głowie takie pytania, i to jest właśnie przykład kunsztu autora. Uwielbiam takie pomieszanie rzeczywistości z literaturą, uwielbiam, kiedy autor sugeruje, że wie więcej niż wie, kiedy zwraca się bezpośrednio do czytelnika, kiedy wchodzi ze swoim tekstem w jego życie. Szalenie podoba mi się kreacja świata, w którym literatura przenika do prawdziwego życia. Cała konstrukcja Domu z liści, od pierwszego zdania, które brzmi To nie jest dla ciebie ma na celu ustawienie nas w tym samym położeniu, w którym znajduje się narrator i jednocześnie główny bohater. On żałował przeczytania tego dzieła. Czy my też będziemy żałować? Czy w ogóle przeczytamy? A może jednak odłożymy na półkę po wstępie i nie odważymy się kontynuować? Przez całą książkę miałam wrażenie, że to mieszanka Kinga z Lovercraftem, zabawa z najbardziej podstawowymi uczuciami i instynktami człowieka. Przecież wiem, że to tylko książka, że nic się nie zdarzy, a jednak uruchamia się myślenie “a co by było gdyby”. Świetne, niepokojące i trochę przerażające uczucie, które naprawdę rzadko daje się uzyskać jakiejś książce. A przecież wszyscy wiemy, że najzwyklejsze, to najbliższe i najbardziej znane zło jest najbardziej przerażające…
Mamy tutaj aż trzy warstwy niepokoju. Zebrane na 800 stronach przygniatają wręcz czytelnika, a najlepsze jest to, że czujemy się przytłoczeni, ale nie umiemy tego nawet do końca nazwać. Bo też do końca nie wiemy, czego mamy się bać, i czy w ogóle mamy się bać. Pierwszą warstwą niepokoju jest historia Johnny’ego i tego, jak zmienia się jego życie po przeczytaniu Relacji. Drugą warstwę niepokoju serwuje nam Zampano, o którym wiemy niewiele, ale wystarczająco dużo, by poczuć dreszcze. Trzecia należy do samej Relacji, która jest niesamowita. Naprawdę. Sam pomysł też może nie jest nowy, ale wykonanie to majstersztyk! Nie można się od niej oderwać, nie można przestać czytać. Najbardziej podoba mi się to, że mimo tego, że wydarzenia rozgrywające się w domu przy Ash Tree Lane są czystą fantazją nie mającą racji bytu w świecie realnym, to jednak wcale tego tak nie odbieramy. Wszystko wydaje się aż nadto prawdziwe i możliwe.
Danielewski jest mistrzem budowania napięcia. Zawsze zastanawia mnie jak to się dzieje, że niektórzy używają tych samych słów, co wszyscy, a potrafią nimi przekazać dużo więcej. Tak je połączyć, tak z nich coś wyczarować, że nagle znaczą coś innego. Na kilku pierwszych stronach mamy obietnicę absolutnie fantastycznej przygody. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, że jest ona również przerażająca. Ale wtedy nie ma już odwrotu. Ani dla Johnny’ego, ani Zampano, ani Navidsona, ani dla ciebie, Czytelniku…
I jeszcze dwie rzeczy. Nie dość, że treść jest fenomenalna, to cudowna jest również forma. Jeśli nie będziecie szukać żadnych informacji na ten temat przed przeczytaniem książki, to będziecie zaskoczeni tak samo jak ja. Bo ja nie miałam pojęcia, jak ona wygląda. Stała przez chwilę na półce, zerkałam na nią, myśląc Skoro taka genialna, i taki grubasek, potrzebuję wygospodarować na nią więcej czasu. Nie do końca miałam rację, ale dlaczego – musicie się sami przekonać. Nigdy chyba nie czytałam książki, której forma tak bardzo odpowiadałaby treści. Naprawdę to wszystko zostało świetnie wymyślone i bardzo konsekwentnie zrealizowane. Niejeden raz otwierałam szeroko oczy z zdumienia, i niejeden raz wyrwał mi się okrzyk zachwytu, wielkie wow (albo ten drugi, mniej cenzuralny ;-)). Dom z liści to nie tylko książka, jakaś historia, która ma nam zapewnić kilka godzin rozrywki i to wszystko. Ona od samego początku do samego końca została pomyślana jako opowieść, która ma nas przekonać, że wszystko zdarzyło się naprawę. To kreacja totalna, która momentalnie chwyta czytelnika i wciąga, i nie wypuszcza aż do ostatniej strony. A potem z niepokojem patrzysz na ściany własnego pokoju 😉 Kreacja ta prowadzi mnie do drugiej rzeczy, o której chciałam wspomnieć – w książce przewija się cała paleta postaci, które znamy z naszego rzeczywistego świata. Jeśli występują też w tamtym, podświadomie zakładamy, że wszystko, co wydarza się tam, może również wydarzyć się u nas. Jest Szekspir i Susan Sontag, i Stephen King i Paul Auster, i Donna Tartt i wiele, wiele innych znanych nazwisk.
Książka jest porywająca. Jest też trudna, bo wielość narracji, przeplatanie wątków, przypisy i odniesienia nie pomagają. Naukowe opracowania, rozkładanie tekstu na czynniki pierwsze i wypowiedzi specjalistów, które Zampano zbierał również nie ułatwiają zadania. Ale na tym polega urok tej książki – nie do końca wiemy, co tak naprawdę czytamy. Bo pamiętajcie, że Danielewski opisuje historię Johnny’ego, który opowiada historię Zampano, który opisał historię Navidsona, który swoją historię opowiedział w filmach. Wymyślić coś takiego to sztuka, ale jeszcze większą jest spisać to wszystko tak, aby nie tylko było spójne i z sensem, ale żeby wzbudzało emocje. Danielewskiemu udało się i to i to. Jeśli lubicie wyzwania i szukacie czegoś innego, nowego, to zdecydowanie jest to lektura dla was. Jeśli lubicie się bać, czytacie i lubicie niesamowite opowieści, również jej nie pomińcie. W ogóle myślę, że tę książkę powinien przeczytać każdy. To doskonały literacki labirynt, który pochłonie Was bez reszty, w którym będziecie kluczyć, odnajdywać się i gubić wciąż na nowo, próbując dotrzeć do celu. Mało która książka potrafi tak sponiewierać czytelnika, żeby nie wiedział, co jest prawdą, a co nie.
A jeśli spodobał się Wam po przeczytaniu taki motyw domu, koniecznie obejrzyjcie Czerwoną Różę, mini-serial, do którego scenariusz napisał Stephen King. I dlaczego nikt jeszcze nie zrobił z tej historii filmu? (podobno autor odrzucił propozycję sfilmowania, ale naprawdę mam nadzieję, że zmieni zdanie. Choć film w zasadzie nie ma prawa dorównać książce, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to był dobry film)… Nie mówiąc o tym, jak bardzo niesamowita i fantastyczna gra by powstała!
I na koniec – jeśli chcecie więcej, koniecznie przeczytajcie artykuł Mateusza Kopacza o książce. Pisze w nim, że Danielewski nie stworzył jedynie książki – on stworzył zjawisko. Warto!
♦
Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję
♦

Tak jak u Ciebie, książka leży na półce, bo ze względu na rozmiary i legendę odkładam ją “na lepsze czasy” 🙂 Przejrzałam tylko, już sama forma wydaje się oryginalna, więc wierzę, że to będzie “coś”. 🙂
Ja wcześniej nawet jej nie przeglądałam, więc byłam totalnie zaskoczona 🙂 A legenda potrafi zbić z tropu, prawda?
Niedawno ją zaczęłam. Będę ją czytać najbliższy rok, bo ja wszystko muszę zbadać i sprawdzić i analizować… 😀
Oj, to faktycznie Ci się zejdzie 😀 Ale czekam z niecierpliwością na Twój tekst! <3
Jestem całkowicie zaintrygowana! Nie słyszałam o tej książce, ale po Twojej recenzji widzę, że koniecznie muszę po nią sięgnąć! 🙂
To tak ciekawe doświadczenie, że warto!
W zeszłym roku na urodziny dostałem “S.” J.J. Abramsa, którą bardzo, bardzo polecam, a w tym roku będzie to. Na pewno powrócę wtedy do tej recenzji.