
Nagle okazuje się, że myśliwy i polowanie to tylko pretekst do dużo szerszych i głębszych rozważań, których punktem centralnym jest stosunek ludzi do zwierząt.
Farba znaczy krew to książka, która stanowi doskonałą przeciwwagę (czy może jest uzupełnieniem?) dla tych wszystkich książek, które teraz są na fali. Duchowe życie zwierząt, sekrety roślin, sekrety drzew, ukryte życie lasu – o roślinach i zwierzętach pisze się dzisiaj bardzo dużo. To dobry trend i cieszy mnie to, że ludzie pragną czytać takie książki. Wszystkie one jednak są w miarę przyjemne. Nawet jeśli pojawiają się w nich fragmenty, które stawiają człowieka w złym świetle, nie robią aż tak wielkiego wrażenia na czytelniku. W końcu przecież mamy świadomość, że czasami jesteśmy, a już na pewno byliśmy, beznadziejni, jeśli chodzi o stosunek do przyrody.
Farba znaczy krew jest książką pod tym względem zupełnie inną. To książka niewygodna. Wstrząsająca, ale nie w sposób oczywisty. Na pierwszy rzut oka jest niepozorna. Zenon Kruczyński urodził się w rodzinie myśliwskiej, takiej z tradycjami. Chyba mogę napisać, że po prostu nie miał wyjścia – musiał zostać myśliwym. Jednak po latach polowań coś się zmieniło, coś przestało pasować. Skończył z polowaniem, zmienił swoje życie. Farba znaczy krew, jak sam mówi powstała jako wyraz mojej fundamentalnej niezgody na fakt, że w naszym ludzkim świecie możliwe jest zabijanie dla rekreacji, hobby, dla sportu myśliwskiego – jak to sami myśliwi nazywają. Dodatkowym, tragicznym aspektem jest to, że ludzkość usankcjonowała prawem tę makabryczną rozrywkę.*
Przede wszystkim jej lektura to wyjątkowa okazja zobaczyć środowisko myśliwych od środka. Być może mgliście wydaje nam się, że wiemy, że polowanie jest złe. Poznanie szczegółów takiej działalności, programów, przebiegu spotkać, a przede wszystkim przebiegu samych polowań powoduje, że nagle się przebudzamy i już jesteśmy tego pewni. Kruczyński przez wpuszczenie nas do tego świata zrobił olbrzymi krok ku negatywnemu społecznemu postrzeganiu myślistwa. Każdy, kto przeczyta tę książkę nie będzie miał żadnych wątpliwości.
Najbardziej wstrząsające są dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest głupota ludzka. Teoretycznie powinniśmy się już do niej przyzwyczaić, przecież występuje jako główny bohater bardzo często, ale po prostu nie sposób tego zrobić. Zwłaszcza w kontekście życia. Kruczyński opisuje przepisy myśliwskie, które są naginane dla tych, dla których warto albo tych z pieniędzmi; porusza temat nieznajomości przyrody przez myśliwych, to, że nie ma takich zajęć na kursach przygotowawczych (pozostaje sobie zadać pytanie, jak można obcować z przyrodą, nic o niej nie wiedząc?), opisuje przekręty, pójścia na łatwiznę, polowania, które tak naprawdę polowaniami nie są, a w których chodzi jedynie o zabicie zwierzęcia. W którymś momencie czytelnik ma dość – bo naprawdę przestaje rozumieć, jak takie rzeczy są możliwe. Na dodatek legalnie.

Druga rzecz, która wstrząsa czytelnikiem to opisy polowania. Ale nie całego – sam moment zabicia zwierzęcia i to, co trzeba z nim zrobić później. Nigdy nie rozkładałam polowania na czynniki pierwsze, nigdy się tak naprawdę nad tym nie zastanawiałam. Drobiazgowy opis czynności i przede wszystkim uczuć, które towarzyszą temu wydarzeniu, chłodny i racjonalny, z pozoru bez emocji, jest jak walnięcie obuchem w głowę. Zostaje w czytelniku na zawsze.
Tak jak jest wstrząsająca, jest też poetycka. Autor nie podszedł do tematu jak do surowego przedstawienia faktów. To bardziej historia jego życia, próba zrozumienia, objęcia tematu całościowo, z nawet najbardziej odległej strony. Kruczyński przeprowadził wiele rozmów – z nauczycielem zen sensei Sunyą Kjolhede, z działaczką ekologiczną Ruth Rosenhek, z Łowczym Wojewódzkim, z psychologami Anną Dodziuk i Wojciechem Eichelbergerem, z żonami myśliwych, z lekarzem weterynarii. Mamy ujęty każdy etap i każdą stronę bycia myśliwym, istnienia myślistwa jako zjawiska, postrzegania go przez społeczeństwo. Mamy podane wszystkie konsekwencje, zalety wymienione przez zwolenników i wady wymienione przez przeciwników. Książka jest napisana z szacunkiem i ze współczuciem dla myśliwych. Nie ma tam oskarżeń, nie ma agresji, jest tylko próba zrozumienia i niezgoda na bezpodstawne okrucieństwo. Myślę, że taką książkę mógł napisać tylko były myśliwy. Nikt inny nie dotarłby do sedna sprawy, nie umiałby jej tak przedstawić.
To ważny głos wypowiadający się w istotnej sprawie. Bardzo się cieszę, że Czarne zdecydowało się na wznowienie. To kolejna książka, która w bezkompromisowy sposób obnaża człowieka. Jesteśmy na tym świecie stosunkowo niedługo, a wydaje nam się, że jesteśmy najważniejsi i że bez nas cały świat popadnie w chaos i nie da sobie rady. A prawda jest taka, że da sobie radę doskonale i nawet pewnie odetchnie z ulgą. Dlaczego nam się wydaje, że musimy wszystko kontrolować? I że mamy do tego prawo? Skąd się bierze potrzeba zabijania? Czy możemy przejść nad nią do porządku dziennego, bo dotyczy tylko zwierząt? A jednak przytoczone wypadki pokazują, że nie tylko – są miejsca, w których można spotkać ludzi chodzących z bronią i mogących strzelać do wszystkiego, co się rusza. Czy to nie jest niepokojąca wizja?
Ważna książka, która stawia pytanie o istotę człowieczeństwa – nie tylko tych, którzy polują, ale nas wszystkich.
♦
* Wywiad z Zenonem Kruczyńskim na portalu dzikiezycie.pl
♦
Za możliwość przeczytania dziękuję
♦
A o książce przeczytacie jeszcze:
◊ Na blogu Bernadetty Darskiej A to książka właśnie!
♦

Wrrr, nie cierpię myśliwych, a już szczególnie nie rozumiem tych, którym polowanie sprawia przyjemność (to samo z łowieniem ryb! Ktoś musi to robić, żebyśmy mogli je jeść, ale dla rozrywki? Albo łowić, a potem wypuszczać osłabioną rybę? PO CO?). Jest to dla mnie coś absolutnie nie do pojęcia.
Odczuwam dziwny rozziew pomiędzy moim zdaniem o myślistwie a myśliwymi, których danych mi było poznać. Tych dwóch panów darzę pewną sympatią, ale zawsze gdzieś z tyłu głowy mam dziwne wątpliwości. Dlatego też chętnie bym przeczytał tę książkę – by zawalczyć z tym rozziewem.
Warto. Nie wiem tylko, czy zawalczy z rozziewem, czy sprawi, że będzie jeszcze większy 😉
Mój dziadzio był przez wiele lat myśliwym, więc znam niejako temat od podszewki. Tylko, że dawniej przepisy były bardziej restrykcyjne i je faktycznie egzekwowano (zwłaszcza, że w czasach PRLu posiadanie przez obywatela broni było czymś nadzwyczajnym, wobec czego musiał on być stale kontrolowany). Trzeba spojrzeć też na pozytywny aspekt – myśliwi niejednokrotnie pomagają też zwierzętom, zwłaszcza chorym, rannym lub osłabionym, podczas polowań niejednokrotnie kontrolują i nadzorują lasy, zgłaszają wszelkie naruszenia, czy niebezpieczne sytuacje.
Kojarzę jeszcze jedną książkę o podobnej tematyce, swojego czasu polecaną w programie Kazimiery Szczuki i Krzysztofa Kłosińskiego “Wydanie II poprawione”, pt. “Polowaneczeko”. Też mnie swojego czasu ciekawiła.
Ja myślę, że zwierzęta spokojnie poradziłyby sobie bez naszej pomocy. Pewnie byłyby nam nawet bardzo wdzięczne za jej brak. Ale też są myśliwi i “myśliwi”, wiadomo. Jednak polowanie traktowane jako rozrywka, a nie potrzeba życiowa, a o takim pisze Kruczyński, jest kuriozalne. Nie uświadamiałam sobie tego tak mocno, dopiero lektura tej książki to zmieniła.
[…] mój stos do przeczytania osiągnął ostatnio wysokość sporego wieżowca, ta książka ląduje na mojej liście. Muszę ją poznać – temat jest istotny, a pełen niedomówień i fałszywej propagandy. […]
[…] postrzegane i przede wszystkim różnie wykorzystywane. Polowanie jako rozrywka w naszym świecie (Farba znaczy krew) kontra polowanie po to, żeby przetrwać. Usłyszymy fantastyczne słowa, że wszystko żyje i ma […]