Opowiem Wam dzisiaj o pewnym zjawisku, które uwielbiam i zastanawiam się, czy też tak macie. Chodzi mi o odkrywanie nowych autorów, w których się zakochujecie, a dokładnie ten moment, kiedy orientujecie się, że przed wami kilka książek jego/jej i jesteście w takim cudownym stanie zawieszenia. Przeczytaliście jedną, jeszcze nie zaczęliście kolejnych, i chcecie to zrobić jak najszybciej, ale w sumie to niekoniecznie, bo jeśli przeczytacie, to już nie będzie na co czekać dalej i te wspaniałe opowieści będą już za wami. Znacie to?
Ja mam kilku takich autorów, a ostatnio dołączyła do nich Barbara Kingsolver. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że usłyszeliście o niej przy okazji książki Demon Copperhead, za którą dostała Nagrodę Pulitzera 2023. Barbara ma lat 70, pisze od 1985 roku, z wykształcenia jest biolożką, jej mąż również zajmuje się środowiskiem. Wspominam o tym, bo to ładnie pokazuje, jak postać autorki kształtuje opowieści, które w sobie nosi. Od razu widać, jakie tematy są dla niej ważne, co chce przekazać swoimi historiami. Autorka wiele ze swoich powieści (nie mogę powiedzieć, że wszystkie, bo wszystkich nie czytałam) umieszcza na terenach Appalachów – tam autorka się wychowała i tam po wielu latach ponownie mieszka na farmie. I tam nas zaprasza – a jest to podróż wyjątkowa, bo przez historię, przyrodę i kulturę. Dzisiaj opowiem Wam o trzech jej książkach z taką cichą nadzieją, że wszystkie zostaną wydane tak pięknie i za jakiś czas będę mogła przygotować wam zestawienie wszystkich jej książek!
A więc Demon Copperhead. Jeżeli kojarzy wam się z Davidem Copperfieldem Charlesa Dickensa to słusznie – to właśnie on zainspirował autorkę do pokazania tej opowieści w taki sposób. Kingsolver chciała opowiedzieć historię tego, co stało się z małymi społecznościami w Appalachach w wyniku epidemii opioidowej, jak ten region był eksploatowany przez wielki kapitał przez wieki, jak ukształtowało to jego tożsamość i jak doprowadziło do instytucjonalnego ubóstwa. Stłumiło naszą kulturę edukacji. Doprowadziło do wszelkiego rodzaju rzeczy, za które obwinia się nas, ludzi mieszkających tutaj. Myślę, że osoby z zewnątrz postrzegają ten region jako zacofany, przez ten cały stereotyp wieśniaka, który nie ma ambicji, by zdobyć odpowiednie wykształcenie i podnieść się o własnych siłach, itd. To są moi ludzie.*
Naszym przewodnikiem jest Demon, chłopiec, któremu los rzucił sam najgorsze karty. Wychowujący się w biedzie, matka alkoholiczka, w końcu sierota, błąkający się po rodzinach zastępczych, które wykorzystują dzieci do pracy. Tkwimy w przemocy domowej, później równieśniczej i tej dorosłych względem dzieci. Nic tu nie jest miłe, przyjemne i łatwe, a robi się coraz trudniej, bo z każdą stroną lubimy Demona coraz bardziej. To mądry chłopak, twardy, zabawny i bystry i wiemy, że gdyby się tylko urodził gdzieś indziej, w innej rodzinie, w innym miejscu, byliby z niego ludzie. Nie będę zdradzać wam zakończenia, zamiast tego gorąco zapraszam do poznania Demona i losów jego życia. Obiecuję, że nie będziecie żałować. Jest to opowieść piękna, przez którą się płynie. Przetłumaczyła ją Kaja Gucio i dała głos Demonowi, który na długo pozostanie w waszej pamięci. To książka, która też zachęci was do poczytania sobie o historii Stanów, która pokazuje zupełnie oblicze niż to znane nam z mediów.
Drugą książką tej autorki, którą poznałam był Lot motyla. I tu również na czoło wysuwają się trzy rzeczy, które autorkę najbardziej zajmują – kryzys klimatyczny, nierówności społeczne i miłość do Appalachów. Dellarobia to żona i matka, mieszkająca na farmie owiec (która ciągle należy do teściów i na której to oni mają decydujący głos we wszystkim). Dellarobia zajęta codziennością nie zadaje sobie o sens życia – jedyne co ją zajmuje to opieka nad dziećmi i romanse (które głównie rozgrywają się w jej głowie). Wszystko zmienia się, gdy w lesie należącym do ich farmy Dellarobia odkrywa motyle monarsze. Mnóstwo motyli monarszych, tak dużo, że bez okularów uznaje je za pożar. I od tego zaczyna się nasza historia – opowieść o życiu na południu Stanów, o zaściankowości i byciu “tu i teraz”, o zmianie klimatu i o tym, jak ta zmiana wpływa na nasze, codzienne życie. Możemy się dowiedzieć mnóstwa rzeczy o samych motylach, ale jednocześnie są one tylko świadkiem zderzenia dwóch światów. Uwielbiam to, jak ta autorka wykorzystuje drobne momenty, sytuacje, fragmenty rzeczywistości by pokazać, jak to się wszystko ze sobą łączy. Możecie się natknąć na recenzje, że jest przydługa, że nudna, że przegadana. W takich przypadkach zawsze polecam audiobooki – ja słuchałam i w ogóle tego nie odczułam. Człowiek czuje się tak, jakby ktoś znajomy opowiadał mu świetną historię o kimś, kogo on sam zna.
Piękną, tegoroczną premierą jest trzeci tytuł tej autorki Lato marnotrawnych. Jeśli kochacie piękne literacko książki, spokojne i niespieszne, pełne przyrody i naturalnego biegu życia – to pokochacie ją równie mocno jak ja! Zapierające dech w piersiach okoliczności – akcja dzieje się nowu w sercu Appalachów i choć mamy do czynienia z trzema historiami, to główny bohater jest jeden. To przyroda, dzikie zwierzęta, rośliny, ten nasz świat, którego cykl pięknie mamy pokazany na okładce powieści. Są ludzie w tej historii, nawet całkiem fajni, ale to przyroda jest obezwładniająca. Dlatego to lektura do czytania powoli, do smakowania jej, najlepiej gdzieś na dworze, na łonie natury. W pierwszej historii mamy badaczkę, która obserwuje legowisko kojotów i mamy młodego myśliwego, który zakłóca jej spokój. Druga opowieść to historia młodej Lusy, która wychodzi za mąż za farmera i musi się odnaleźć w bardzo nowej dla siebie sytuacji. I trzecia, w której dwójka sąsiadów prowadzi ze sobą spory – z całkiem zaskakującym zakończeniem. Wszystkie te trzy historie splatają się ze sobą, nasi bohaterowie są swoimi sąsiadami, ich świat jest wspólny. Autorka pięknie pokazała, jak różnorodnie może wyglądać jedność świata człowieka ze światem natury. To książka, w której jest ogrom tematów i wątków i jestem przekonana, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. To ogromna przyjemność czytania, zanurzania się w historii, cieszenia się słowem (powieść przetłumaczyła Hanna Beliczyńska). To powieść refleksyjna, spokojna, leniwa być może – wspaniała na dzisiejsze, zabiegane czasy.
I im dłużej myślę, tym bardziej na czoło wysuwa się jeszcze jedna sprawa. Jak to wspaniale poznawać pisarkę dzięki jej książkom, a nie przez to, co się wokół niej dzieje. Trochę tęsknię do czasów, kiedy nic nie wiedziano o autorach, kiedy nie było Internetu, kiedy czytelnik był sam na sam z tekstem. Książki Barbary Kingsolver mają w sobie coś takiego, co wzbudza nostalgię i tęsknotę za światem, który przeminął i nigdy już nie wróci. Są piękne, mają w sobie dużo nadziei (ale raczej w kierunku przyrody, że i tak sobie poradzi, a my nie damy rady jej zniszczyć), ale jednocześnie pokazują życie i świat bez warstwy ochronnej – i to jest ich wielka, wielka moc!



