Rebecca Makkai || przełożył Rafał Lisowski
Z Rebeccą Makkai już się znamy. Najpierw złamała mi serce powieścią Wierzyliśmy jak nikt, potem spędziłam przyjemnie czas przy Mam do pana kilka pytań. A teraz napisała książkę, w której główną bohaterką jest bibliotekarka. Chyba nie muszę pisać, jak bardzo się ucieszyłam? Jest to rzadkie, obsadzać w głównej roli bibliotekarkę, więc tym bardziej się cieszę. Może zachęci to innych autorów i autorki, by wykorzystywać bardziej ten zacny zawód.
Nie ma przed czym uciekać to opowieść drogi. Z tyłu okładki przeczytamy, że 10-letni Ian ucieka z domu. Chowa się w bibliotece, znajduje go tam nasza bohaterka i staje przed dylematem – odwieźć chłopca do domu, mimo że świadomość tego, co go tam czeka? Samochód Lucy rusza w przeciwną stronę, z chłopcem na pokładzie – z każdą kartką oddala się coraz bardziej. Czy to porwanie? Czy próba ratunku? Myślę, że będziecie musieli ocenić sami, a ja w międzyczasie mam dla was kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę. Tym razem, wyjątkowo będzie to tekst ze spoilerami, więc jeżeli jeszcze nie czytaliście książki, idźcie najpierw ją przeczytać i wróćcie. Zwykle tak nie robię, ale ta książka poruszyła we mnie mnóstwo, mnóstwo rzeczy. Plus – chciałam podkreślić, że jak na tak niepozorną opowieść o właściwie jednym zdarzeniu, Makkai ukryła tam naprawdę dużo różnych wątków.
Przede wszystkim biblioteka. Ona musiała być na pierwszym miejscu. Mamy małą bibliotekę w prowincjonalnym miasteczku, która aż kipi od stereotypów. Nasza bohaterka się z nich wyłamuje, sama z nich kpi i się podśmiewuje, nie zmienia faktu, że ta rzeczywistość potrafi tak wyglądać. Uroku dodaje fakt, że Lucy pracuje w dziale dziecięcym, co stanowi ciekawy kontrast do szefowej alkoholiczki, ukrywającej puste butelki po szufladach. Biblioteka jest z jednej strony miejscem zbędnym, nieważnym, nie dofinansowanym, którego wszyscy ważni ludzie w mieście najchętniej by się pozbyli. Z drugiej jednak strony jest tym miejscem najważniejszym – miejscem spotkań, ucieczek z domu, wytchnienia. Miejscem, gdzie dzieci odkrywają nowe światy, uczą się nowych rzeczy, miejscem, w którym można po prostu być, bez względu na wszystko. No i miejscem, gdzie są książki. Makkai fantastycznie pokazuje znaczenie i moc książek – to przedmioty, które odmieniają życia swoich czytelników i czytelniczek. Nie wszystkich, wiadomo, tylko tych wybranych i tych, którzy na to pozwolą.
Ważnym wątkiem jest homoseksualność naszego głównego bohatera. Ian ma tylko 10 lat, ale nawet dorośli robią już sobie żarty, obstawiając, kiedy wyjdzie z szafy. I że jego rodzice się zdziwią, bo Ian wychowuje się w bardzo, bardzo konserwatywnej rodzinie. Problem polega na tym, że jego rodzice wiedzą – ale nie zamierzają się z tym godzić, bo przecież homoseskualizm to choroba. Mamy trop terapii konwersyjnej, ale nie napiszę nic więcej.
Ten wątek prowadzi nas z kolei do kolejnych – rodziców, wychowania i granicy ingerowania. mamy tu taką piękną scenę, w której mama Iana przychodzi do biblioteki i żąda od naszej bibliotekarki, by jej dziecko nie czytało niewłaściwych książek. Przychodzi oczywiście z konkretną listą. I to jest bardzo realna sytuacja i powtarzająca się niestety często. Rodzice nie pozwalający czytać dzieciom tego, co chcą (rozmawiamy tutaj o książkowym rozsądku, to nie jest ten przypadek, kiedy 12-latka czyta erotyk!). Rodzice pozwalający wziąć z biblioteki tylko jedną książkę, kiedy dziecko chce pięć. Rodzic uważający, że wie wszystko najlepiej, mimo że o niczym nie ma pojęcia. I w tym wszystkim bibliotekarka – osoba zatrudniona, by kupować, gromadzić i udostępniać zbiory. W bibliotekach dziecięcych są działy lub poziomy, książki są dopasowane do wieku odbiorcy. Bibliotekarki czuwają, by wszystko odbywało się w jak najlepszym porządku, co jeśli trafi się dziecko, które jest wyśmienitym czytelnikiem? Którego czytelnicze wybory przerastają jego rówieśników? Które chce czytać dużo, więcej, które chce sięgać już po poważne powieści? Sama byłam takim dzieckiem i dzięki miłej pani bibliotekarce, która pozwalała mi czytać wszystko, co chciałam, moja miłość do bibliotek i książek nigdy nie była zagrożona.
Bohaterem tej książki, tak zaskakująco aktualnej w dzisiejszych czasach, są też dwa państwa. Najpierw oczywiście Stany Zjednoczone. Stany, które jeszcze całkiem niedawno kojarzyły nam się z z a c h o d e m, z postępem, z tym wszystkim, co byśmy chcieli, ale nie mamy w szarej i burej Polsce. Zobaczcie, jak to się zmieniło prawda? W każdym razie lubię śledzić różne sprawy dotyczące bibliotek publicznych w Stanach – i czasami naprawdę nie mogę uwierzyć w to, co czytam. Wycofywanie książek, cenzura, zakazy, awantury urządzane przez rodziców, “chronienie” dzieci przed wyimaginowanymi zagrożeniami, całe krucjaty prowadzone przeciwko konkretnym tytułom czy autorom. Jest to przerażające i nie pozostaje nic innego, jak tylko powtórzyć za Stephenem Kingiem – kiedy książki zostaną zakazane w bibliotekach szkolnych, biegnij do swojej biblioteki publicznej lub najbliższej księgarni i przeczytaj to, czego starsi nie chcą, żebyś wiedział.
I jest też Rosja. Być może to będzie największy spoiler ze wszystkich, bo z okładki tego nie wyczytacie, ale też w żaden sposób sami się tego nie domyślicie. Nasza bohaterka jest córką emigrantów z Rosji. Nie będę wchodziła w szczegóły, zostawiają wam jednak trochę radości z odkrywania tego wątku. Ale dla mnie to był jeden z jaśniejszych punktów tej książki (obok biblioteki, wiadomo!). Potraktowany z poczuciem humoru, ale też poważnie – mamy podane różne powody emigracji, niektóre łamiące serce, mamy próby odnalezienia się w nowym kraju i próby odpowiedzi na pytania, dlaczego ten kraj, a nie inny. To bardzo ciekawy wątek, zwłaszcza, że rodzice naszej bohaterki odgrywają w tej historii dosyć dużą rolę – fantastyczną rolę!
Nie ma przed czym uciekać to książka, z którą przez cały czas czytania nie wiedziałam, co zrobić. Nie mogłam się zdecydować, czy lubię główną bohaterkę, czy wręcz przeciwnie. W ogóle nie mogłam zrozumieć jej motywacji i postępowania. Wydaje mi się, że żaden rozsądny dorosły nigdy w życiu nie odjechałby z nie swoim dzieckiem na tydzień (ani na jakikolwiek inny okres czasu). Nikt nie polegałby na 10-latku, jeśli chodzi o decyzję, gdzie jedziemy dalej.
To taka książka, która mnie zachwyciła po cichu i niezauważalnie. Ona jest tak bardzo moja. To cały mój świat. Nigdy nie wiemy, jak na kogoś wpłyniemy – a polecanie książek to jedna z moich ulubionych form tego wpływu. Makkai zostawia nam otwarte zakończenie, każdy czytelnik może napisać je sobie sam. A nie wiem, czy pamiętacie, że ja często powtarzam, że mam dwie fantazje. Pierwsza – żeby ktoś wygrał Milionerów dzięki temu, że kiedyś obejrzał mój film na YT i dzięki temu dowiedział się jakiejś głupiej ciekawostki, o którą właśnie pytają w pytaniu o milion. Druga – że jakiś dzieciak będzie pracował w NASA, dlatego, że jego mama brała udział w Kosmicznym Lipcu, a on się przypatrywał. Dalekie strzały? Być może, ale kto mi zabroni… W każdym razie Makkai mówi nam bezpośrednio – nie masz pojęcia, jak to,c o robisz, co mówisz, jakie książki polecasz i jak kogoś wspierasz bądź nie – wpłynie na tę osobę. Dzisiaj, jutro, za 10 lat. Jest w tym coś bardzo, bardzo miłego, inspirującego i motywującego.
I na koneic mam jeszcze taką myśl o względności wątków, której nie umiem wyrzucić z głowy. Jest to na pierwszy rzut oka historia bardzo niepokojąca, prawda? Dorosły zabiera dziecko i odjeżdża w siną dal. Spodziewamy się najgorszego, nawet po bibliotekarce, zwłaszcza, jak już się dowiemy o rosyjskich korzeniach! A teraz pomyślcie o tej historii w wersji dla dzieci, jak o bajce, fajnej opowiastce, przygodzie! Jestem przekonana, że odebralibyśmy to zupełnie inaczej, właśnie jako przygodę, w której nie widzimy nic złego.




