Mała wielka książka. Tak w skrócie, poetycko, można by zacząć i skończyć tę recenzję. Wielki przypływ nie jest typowym reportażem, bo przecież napisany jest przez poetę. Jarosław Mikołajewski jest również pisarzem, ale jednak bycie poetą determinuje sposób postrzegania świata i jego opisanie.
Wyobrażam sobie, jakby ta książka mogła wyglądać, gdyby na warsztat wziął ją rasowy reporter. Temat przecież jak najbardziej aktualny i “chwytliwy”. Dużo trupów, dużo cierpienia, dużo dramatów. Zamknięty świat małej wyspy, która leży bliżej Afryki niż Europy. Świat absurdalnych kontrastów, dziwnych wyborów, wypierania rzeczywistości. Ziemia Obiecana dla setek ludzi, brama Europy i obietnica lepszego życia. Ale jak zawsze z obietnicami bywa, i ta ma swoje ciemne strony. Bo kiedy już imigrant dostanie się na ląd, zdaje sobie sprawę, ze to jeszcze nie Europa, ze to nie koniec jego podróży, a zaledwie początek. Wśród tego wszystkiego zaledwie kilka pojedynczych osób, które mają odwagę mierzyć się z problemem, dostrzegać go i głośno o nim mówić.
Lampedusa to włoska wyspa o szalonej wielkości 20 km kwadratowych i z sześcioma tysiącami mieszkańców, zasiedlona dopiero w 1843 roku przez Burbonów. Maleńki punkcik na mapie, a na tych z mniejszą skalą zupełnie niewidoczny. Wyspa z najpiękniejszą plażą w Europie. I na tych 20 km kwadratowych, te 6 tysięcy mieszkańców zostało oddelegowanych przez świat do zajmowania się imigrantami, uciekającymi z Afryki. Mieszkańcy radzą sobie w sprytny sposób oddzielając imigrantów od turystów, bo przecież turyści są ważni, dzięki nim się żyje, a imigranci potrafią zniechęcić i zepsuć urlop. Imigrant jest na chwilę, trzeba go przyjąć na ląd albo uratować z wody, zbadać, podleczyć i wysłać dalej w świat. Tak samo z tymi, których uratować się już nie da. Wysłać dalej, bo tu już nie ma miejsca, a kolejna łódź dobija już do brzegu. I kiedy wiemy, że przez życie tych sześciu tysięcy mieszkańców przeszło kilkaset tysięcy imigrantów, rozumiemy bardziej potrzebę wypracowania jakiegoś schematu działania.
A turyści znowu przyjeżdżają się opalać na Wyspie Królików. I chyba zapomnieli, że właśnie tuż przy tej zatoce dwa lata temu utonęło trzysta sześćdziesięcioro ludzi. A tak naprawdę trzysta sześćdziesięcioro ośmioro.
Wszystko to brzmi brutalnie i bezdusznie. Teoretycznie łatwo nam oceniać, ale ta książka sprawia, że nie mamy odwagi oceniać. Patrzymy na życie Lampedusańczyków i nie wiemy, co powiedzieć. Bo nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, jak to jest żyć w takim miejscu. Może też dlatego, że w Wielkim Przypływie mamy opisane to, co się dzieje na Lampedusie w sposób ogólny. To zarys problemu, zwrócenie uwagi na proces. Mimo pojedynczych bohaterów, konkretnych historii, wstrząsających sytuacji, Wielki przypływ pozostaje opowieścią poety, złożoną ze strzępków rzeczywistości.
Ta książka wzbudziła we mnie potrzebę przeczytania czegoś więcej na ten temat. Chciałabym, żeby powstała książka historyczno-reportażowa. Żeby ktoś opowiedział mi o dziejach wyspy, porozmawiał ze zwykłymi mieszkańcami, z turystami, z imigrantami. Żeby ktoś rozgrzebał problem, rozłożył na części pierwsze, a potem każdą z tych części dokładnie opisał. Chciałabym poznać historię Pietra. Chciałabym jeszcze więcej.
Może jestem lekarzem, który widział najwięcej trupów na świecie?
Pietro Bartolo, lekarz, który jako pierwszy zajmuje się imigrantami, podaje rozwiązanie tej sytuacji. Żeby ludzie płacili za dostanie się do Europy Europie. Oni i tak będą próbować, niezależnie od kosztów i niebezpieczeństw. A w ten sposób zlikwiduje się bandyckie opłaty, nielegalne procedury, podniesie bezpieczeństwo przepłynięcia. Mogłyby pojawić się głosy, że to niemoralne żądać pieniędzy za dostanie się do Europy. Pominę milczeniem, czy to, co dzieje się teraz, jest moralne. Rozwiązanie doktora jest dobre, ale nigdy nie zostanie zrealizowane. Bo ktoś musiałby wziąć za to odpowiedzialność, musielibyśmy przyznać, że problem istnieje. Teraz możemy udawać, że nic takiego się nie dzieje. To jest książka o współczesnym świecie, o nas samych. Jarosław Mikołajewski napisał ją, by w końcu ktoś usłyszał o Lampedusie. Usłyszał i coś zrobił. Żeby coś się zmieniło.
Czułam się niekomfortowo, pisząc o niej. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jakim człowiekiem trzeba być, żeby mierzyć się codziennie z tym, z czym mierzy się Pietro. Mam wrażenie, że o tej książce powinni wypowiadać się ludzie, którzy znają temat dogłębnie, ludzie, którzy mogą coś zrobić, coś zmienić. Z drugiej strony, czuje się zobligowana, by dać znać, że książka jest słyszalna. I puścić ją dalej w obieg. Czytajcie, bo to ważna książka. O trudnych rzeczach, które każą zastanowić się nad człowiekiem, nad naszym życiem, nad rzeczywistością, w jakiej żyjemy. Trzeba poznać tych ludzi, którzy codziennie, gdzieś tam, na skraju Europy walczą o życie innych ludzi. I jest to walka samotna i niedoceniana, bo kto z Was o Lampedusie słyszał wcześniej?
Ta książka zmieni tych, co ją przeczytają. Zostawi pewien dyskomfort, otworzy oczy, pozwoli spojrzeć dalej i szerzej niż patrzyliśmy dotychczas. A może i spowoduje inne, znaczące zmiany? Kto wie, kto ją przeczyta?
♦

