Przewodnik wędrowca

Zanim zachwycę się tą książką, chciałabym coś wyjaśnić. Nie jestem wędrowcem. Nie jestem nawet spacerowiczem, bo często ciekawszym zajęciem dla mnie jest zakopanie się pod kocykiem z książką w ręku  niż pójście na spacer. Gdybym z jakąś grupą znalazła się w ekstremalnej sytuacji i ode mnie zależałoby znalezienie właściwej drogi, wszyscy byśmy zginęli. Nie odróżniam drzew od siebie, kwiatków też (mama już się nauczyła, żeby nie prosić mnie o pielenie – nie wiem, które to kwiatki, a które chwasty), nie mówiąc już o wychwytywaniu jakichś niuansów, gdzie co rośnie, dlaczego i co to znaczy.

Ale nawet taki ignorant jak ja zachwyci się tą książką. Śmiem twierdzić, że może nawet bardziej niż osoba, która wędrówkę i odczytywanie otaczającego świata praktykuje na co dzień. Bo jeśli żyjesz blisko z przyrodą, umiesz ją odczytać, interesujesz się nią, to Tristan Gooley być może poda Ci jakieś nowe informacje, ale nie zaskoczy cię tak zupełnie. Natomiast jeśli jesteś takim ignorantem jak ja, który gdzieś tam jedynie z lekcji geografii pamięta, że mech rośnie na północnej (a może na południowej?;-)) stronie drzew – ta książka będzie dla Ciebie podręcznikiem magii. I to mnie cieszy! Bo nawet jeśli nie umiem odróżniać kwiatków od siebie (i raczej nie mam chęci nauczenia się tego) świat, który mnie otacza i to, jak działa, nieustająco mnie zachwyca. A ludzie, którzy potrafią widzieć więcej, czytać ten świat, czerpać z niego, zachwycają mnie jeszcze bardziej. Więc jeśli myślisz, że to lektura nie dla Ciebie, bo nie chodzisz na wędrówki z plecakiem, nie nocujesz pod gołym niebem i w ogóle raczej nie pociągają takie wypady – nie masz racji. To książka właśnie dla Ciebie! Gooley udowadnia, że owszem, wędrowanie jest fajne, ale rozumienie otaczającego świata nie jest zarezerwowane tylko dla prawdziwych wędrowców.

Kiedyś wspominałam Wam o tym, że jestem wierną fanką Karola Maya, a Winnetou to moja pierwsza absolutna miłość literacka, która do tej pory mi nie przeszła (dlatego trzeci tom przeczytałam tylko raz w życiu, a pierwszy ze 30 razy :D). To właśnie Winnetou robił wrażenie tropieniem, odgadywaniem zamiarów swoich wrogów, czytaniem przyrody i wiedzą, która wydawała się magiczna. Winnetou zdawał się mieć jakąś nadprzyrodzoną moc, która pozwalała mu wiedzieć wszystko i być zawsze o krok przed wszystkimi. A teraz, dzięki Tristanowi Gooley’owi i Ty możesz stać się mieszanką Winnetou z Sherlockiem Holmesem – nagle będziesz wiedział rzeczy które innym wydadzą się nie do pojęcia, będziesz mógł się trochę popisać, ale też wykorzystać swoją nową wiedzę na wiele różnych sposobów.

Bo czy przypuszczałeś kiedyś, że będziesz wiedział, jak po zapachu poznać, że za chwilę przyjedzie pociąg? Albo że będziesz dokładnie wiedział, dlaczego w jakimś miejscu rośnie pokrzywa? Albo że po kolorach tęczy będzie umiał określić rozmiar kropel deszczu? To tylko trzy przykłady, które przyszły mi do głowy jako pierwsze. Cała książka jest wypełniona takimi informacjami. Niektóre są naprawdę zaskakujące, ale jak sam autor pisze, zmysł i myśl, obserwacja i dedukcja, dwustopniowy proces który spowoduje, że możemy całkiem inaczej patrzeć na otaczający świat. Jeśli wiesz na co patrzysz, znasz podstawowe zasady istnienia procesów naturalnych, nagle wszystko nabiera sensu. Wszystko, co nas otacza jest jedną wielką wskazówką. Umiejętność odczytywania tego dzisiaj wydaje się być może zachcianką, zabawą, bo przecież wszystko i tak można sprawdzić w telefonie. Z drugiej strony przez całą lekturę miałam wrażenie, że uczymy się dzisiaj na nowo tego, czego bardzo chętnie pozbyliśmy się w trakcie technologicznego rozwoju. W końcu rzeczy, o których pisze Gooley były kiedyś oczywiste, powszechnie znane i stosowane. Dzisiaj ludzie muszą się tego uczyć na specjalnych szkoleniach. Coś gdzieś poszło nie tak, ale jest jeszcze nadzieja, skoro takie książki wzbudzają wielki entuzjazm czytelników. Moim zdaniem bardzo słusznie!

Autora polubiłam od razu. Pierwsza rada, jaką daje przyszłym wędrowcom to Nie bądź durny. Od razu wiedziałam, że się rozumiemy – Gooley to konkretny gość, który ma do przekazania określoną wiedzę. Nie rozdrabnia się, nie snuje metafizycznych rozważań o tym, jaki świat jest piękny i jakie jest znaczenie naszego istnienia. Mógłby się w wielu miejscach o to pokusić, ale tego nie robi. Dzięki temu Przewodnik wędrowca jest świetnym, bardzo zwartym i konkretnym, prawdziwym przewodnikiem, pełnym wiedzy teoretycznej i praktycznej. Po jego lekturze, w zależności od tego, jakie będzie Wasze zaangażowanie, albo poznacie kilka ciekawostek, którymi można zabłysnąć przed znajomymi, albo całkowicie zmieni się wasze patrzenie na świat.

Nie mogę powiedzieć, że już umiem rozpoznawać kwiatki. Ale Gooley nauczył mnie kilku praktycznych rzeczy, zainspirował do sprawdzenia innych, a jeśli kiedyś się zgubię, szanse na to, że się odnajdę wzrosły dzięki tej lekturze o parę procent. A to zawsze coś 🙂 Wartością dodaną tej książki jest to, że oprócz konkretnej wiedzy i ciekawostek (np. skąd wzięło się słowo fatamorgana) autor pomiędzy wierszami uczy nas uważności i otwartości na świat. Pokazuje, że wszystko, co nas otacza, ma znaczenie i warto zwolnić na tyle, by to dostrzec. Gooley pozwolił mi poznać trochę tej tajemnej wiedzy Winnetou, więc recenzję mogę podsumować jedynym słusznym zdaniem – Nie bądź durny, bądź jak Winnetou.

Muszę wspomnieć jeszcze tylko o okładce, którą zaprojektowała Eliza Luty. Kłaniam się nisko, bo jest absolutnie przepiękna! Nie można od niej oderwać wzroku. Pięknie komponuje się z treścią książki, pasuje do niej idealnie. Naprawdę doskonała praca.

O Przewodniku wędrowca przeczytacie jeszcze:

Na blogu Bibliofilem być

Za możliwość przeczytania dziękuję

 
  • No i znów muszę napisać, że po raz kolejny moja lista książek do przeczytania wzbogaciła się dzięki Twojej recenzji 🙂 Na pewno nie zwróciłabym na tę publikację uwagi, bo również nie należę do wędrowców, a na samą myśl o tropieniu, spaniu pod namiotem czy wielogodzinnej wędrówce, włos jeży mi się na głowie. Niemniej skoro autor pisze dla takich osób jak my, grzechem byłoby zignorować jego wiedzę 🙂

  • Ja się boję zaglądać do Ciebie na bloga, bo co wejdę, to jakaś dobra książka, którą chcę przeczytać, lista się wydłuża, a czasu nie przybywa. 😉
    Książka mnie zainteresowała, bo bardzo chciałam kiedyś mieć w dzieciństwie wiedzę na temat roślin i rozumienia przyrody, uważałam to za bycie swego rodzaju współczesną wiedźmą. ;D Teraz już mnie do tego nie ciągnie, ale pewien sentyment pozostał, dlatego chętnie przeczytam. 🙂

  • Pingback: ()

  • O! Tak jak średnio mnie pociągają wszystkie „Sekretne…” i „Tajemnice…”, to ta książka akurat intryguje. Szkoda, że nie wpadłe w me łapki przed tatrzańskim urlopem. W sumie to zastanawiam się też, czemu te pierwsze mnie nie interesują. Ciekawskie ze mnie stworzenie, ale chyba to przekorna reakcja obronna na zalew tych książek.

    • Z zalewu takich książek akurat bardzo się cieszę, ale rozumiem reakcję obronną i poirytowanie tytułami, w których wszystko musi być sekretne, ukryte, tajemnicze. 🙂