We wspólnym rytmie

Parę dni temu miała miejsce premiera nowej książki Jojo Moyes. Pisząc nowej mam na myśli sytuację u nas na rynku, bo powieść Moyes napisała w 2009 roku. I o ile zazwyczaj raczej nie zwracam uwagi na kolejność wydawania, tutaj ma to dla mnie znaczenie. Chodzi mi o to, że kontynuacja Zanim się pojawiłeś, czyli Kiedy odszedłeś dla mnie osobiście była koszmarkiem. Tak jakby autorka straciła swoje mojo w momencie, kiedy napisała książkę na życzenie czytelników, sama nie będąc do niej przekonana. Widziałam informacje, że powstaje kontynuacja kontynuacji i powiem szczerze, że trochę się jej boję. Ale też jestem bardzo jej ciekawa – bardzo chciałabym przeczytać rzeczywiście najnowszą książkę, którą napisała i zobaczyć, jak wypada na tle tych starszych. 

Bo starsze książki podobają mi się bardzo, o czym zresztą już Wam pisałam przy okazji tekstu o Dziewczynie, którą kochałeś. Jako comfort reading te książki są idealne. To klasyczne romanse, książki przewidywalne do tego stopnia, że jeśli ktoś przechodził fazę na romanse i przeczytał ich trochę w swoim życiu (jak ja:D), może napisać streszczenie takiej książki tylko na podstawie opisu z okładki -i pewnie niewiele się pomyli. Ale wbrew temu, co moglibyście teraz pomyśleć to nie są zarzuty. Bo ja naprawdę lubię takie książki – lekkie, idealne na 40-stopniowy dzień, ze szczęśliwym zakończeniem, pozwalające oderwać się na chwilę od własnej rzeczywistości. Pozytywne i niewymagające, na smutki, na poprawę humoru, na miłe popołudnie. Pewnie umarłabym, gdybym miała czytać tylko takie książki, ale raz na jakiś czas robię to z przyjemnością. Zwłaszcza Jojo Moyes. Jej styl pisania bardzo mi odpowiada – te książki czytają się same, nie ma zbędnych dramatów, silenia się na coś więcej, udawania ambitniejszej literatury. To książki stworzone do dawania przyjemności – taki jest cel autorki i realizuje go bardzo konsekwentnie.

A We wspólnym rytmie pozwoliło mi zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie po Kiedy odszedłeś. Przede wszystkim lubię powieści dobrze umotywowane, jeśli  książka powstaje z jakiegoś powodu. Jojo Moyes podaje tam ten powód na samym końcu, ale dla mnie to klucz do tej powieści. Inaczej wtedy na nią spojrzycie. Lubię też, kiedy autorzy lekkich z pozoru gatunków, przemycają w nich sprawy trudniejsze, cięższe i wykorzystują do poruszania społecznych tematów. I robię to w sposób elegancki, wręcz niezauważalny.

We wspólnym rytmie to typowy romans. Jest ona i jest on. I jest coś, co ich połączy. Dochodzą tutaj jeszcze różne wariacje całego procesu i wydarzeń pobocznych, których z oczywistych względów nie będę Wam zdradzać. Ale mimo że typowa, to książka ma w sobie wartość dodaną – choćby wiedza o Le Cadre Noir czy samych koniach. Moyes nie polega na jedynie na schematach, choć je wykorzystuje. Ale wokół nich buduje swój świat i wypełnia go ciekawymi postaciami, z którymi łatwo się identyfikować, które można polubić i im kibicować. Wzrusza, ale bez zbytniego sentymentalnego rozmamłania. Pokazuje, że w życiu różnie się dzieje, ale ostatecznie jakoś się układa. A ja lubię szczęśliwe zakończenia – jestem tym typem czytelnika i widza, który wychodzi z założenia, że wystarczająco dużo ma w życiu nieszczęśliwych zakończeń, żeby jeszcze w kinie musiał oglądać (czy czytać w książkach). Poznawanie świata rekompensuję sobie reportażami, ale kiedy czytam taką obyczajówkę, niczego więcej nie pragnę ponad szczęśliwe zakończenie 😉

Wiem, że nie wszystkim Jojo Moyes przypadła do gustu. Ja z kolei np. z niedowierzaniem czytałam pozytywne recenzje książki Dwie sekundy przed cudem. Z tego powodu chyba nigdy nie wezmę udziału w dyskusji na temat tego, co powinno się czytać (osoby stojące radykalnie za ambitną literaturą spaliłyby mnie na stosie za ilość przeczytanych w młodości Harlequinów). Ja Jojo Moyes bardzo lubię, ale mam wrażenie że tę jej wersję sprzed filmu Kiedy się pojawiłeś i przed modą na tę autorkę. Czekam na zupełnie nową powieść, by się w tym upewnić (lub zmienić zdanie). Jeśli będziecie mieć okazję przeczytać We wspólnym rytmie, to zróbcie to. To przyjemna lektura, dobrze napisana książka, ciekawa historia. Moyes ma w niej do przekazania coś więcej niż jedynie wątek miłosny.

Za możliwość przeczytania dziękuję

 

 

  • Do Moyes mnie jakoś nie ciągnie (nie czytam ogólnie romansów, czasem sięgam jedynie po klasykę romansu), ale lubię dla odpoczynku od ambitniejszej literatury poczytać sobie Jodi Picoult 😉 Znasz?

  • Haha, rozumiem 😀 Mamy po prostu inny ogląd na to, co jest lekką lekturą 😉 Dla mnie lekka jest Picoult albo King (!), bo mi się to łatwo czyta i nie wymaga głębszego namysłu 😀

  • Dotychczas przeczytałam 2 książki Jojo Moyes i już się nie mogę doczekać kolejnych.

    Pozdrawiam.
    Kasia z Ebookowych recenzji
    http://ebookowe-recenzje.blogspot.com

  • „Dziewczyna, którą kochałeś” bardzo mi się podobała, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, bo „Zanim się pojawiłeś” kompletnie nie przypadła mi do gustu. Jestem ciekawa, jakie wrażenie wywarłby na mnie ten tytuł.