
Bo to jest koniec. Dalej już nie ma nic. Tylko morze polarne i ławica lodowa. I słońce widoczne o północy. Chciałabym tam dotrzeć. Usiadłabym na samym krańcu, na szczycie świata. Zawsze sobie wyobrażam, że nogi będą mi dyndać nad przepaścią… Zjem lody albo popcornu. Zapalę papierosa. Będę patrzyła ze świadomością, że dalej nie da się pojechać, bo tu kończy się Ziemia.
Pozostając jeszcze w klimacie książek, o których do końca nie wiem co myśleć, przedstawiam Wam Wielkiego marynarza. To książka, która szalenie spodobała mi się od samego początku, opis od razu podbił moje czytelnicze serce. Uwielbiam wszelkiego rodzaju historie o ludziach, a zwłaszcza o kobietach, które podejmują się czegoś niezwykłego, wyruszają w podróż, pokonują siebie. Lubię bohaterów szalonych, którzy robią takie rzeczy, na które ja nigdy się nie odważę, a też chciałabym je zrobić.
Każdy z nas z pewnością miał chociaż raz w życiu taką sytuację, że chciał zniknąć, uciec, udawać, że go nie ma, zostawić wszystko i zanurzyć się w nieznanym. Kiedy nasza rzeczywistość staje się nie do zniesienia, czujemy potrzebę zmiany, zaczęcia na nowo, a przecież nie można zaczynać nowego życia w starym miejscu. Tak właśnie robi bohaterka Wielkiego marynarza. Rzuca wszystko i jedzie na Alaskę, bo chce zostać rybakiem. Jedna kobieta w męskim świecie, trudnym, brutalnym i ciągle wymagającym – to musiało być dobre…
A jednak nie było. Chyba pierwszy raz zdarzyła mi się sytuacja, kiedy autor książki jest dla mnie ciekawszy niż to, co napisał. Ostatnio na profilu Wydawnictwa Literackiego można było przeczytać taki opis autorki: Pracowała w wytwórni konserw rybnych na Islandii, w barze w Hongkongu, przy zbiorze jabłek i produkcji syropu klonowego w Kanadzie i 10 lat spędziła na kutrach rybackich na Alasce, nim w 2003 roku urząd imigracyjny odesłał ją do Francji. Dziś pracuje dorywczo przy winobraniach w Médoc i na alpejskich łąkach wypasa stado 700 owiec. To jest przecież wspaniałe życie, intensywne, bogate w doświadczenia, na pewno też trudne, ale warte zachodu. Myślę, że na podstawie jej życiorysu można stworzyć niejeden film i niejedną powieść. Ale czy sama Catherine Poulain powinna taką powieść napisać? Nie jestem pewna, ale bardziej skłaniam się ku odpowiedzi, że nie. Jakiś czas temu dyskutowaliśmy na Klubie Książki o tym, czy ludzie z bogatym życiem i różnymi doświadczeniami, czy to dobrymi, czy złymi, powinni sami je spisywać. Bo to, że ktoś ma coś do powiedzenia, nie znaczy automatycznie, że dobrze pisze. Doszliśmy do wniosku, że historie bardzo zyskałyby, gdyby ich właściciele dali je spisać pisarzom. I tak chyba jest też w tym przypadku.

Bo pomysł jest genialny. Poulain mając tak bogate doświadczenia musiała się nimi podzielić. Ale forma książki bardzo mi nie odpowiadała, a główna bohaterka, zamiast wzbudzania mojego podziwu, działała mi na nerwy. Nie umiem nawet do końca powiedzieć, co poszło nie tak. Bardzo trudno mi się ją czytało, gubiłam wątek, nudziłam się, akcja i relacje między bohaterami gdzieś gubiły się pomiędzy bogatą narracją, przemyśleniami bohaterki i detalami łowienia. W pewnym momencie w ogóle już nie wiedziałam, o co chodzi i co się dzieje. Dodatkowo wręcz fizycznie czułam swoje rozczarowanie główną bohaterką. Nastawiłam się na kobietę z problemami, zagubioną, ale kobietę silną i dzielną, konkretną, zdecydowaną. Ale też sympatyczną i miłą, taką w porządku, z którą można konie kraść, gdy się już ją pozna. Lili natomiast jest osobą denerwującą, samolubną i egoistyczną, oderwaną totalnie od rzeczywistości. Ja ją odebrałam jako płaczliwą małą dziewczynkę, nad którą się wszyscy litują i której sprawia to przyjemność; której wydaje się, że wszyscy powinni dawać jej to, co sobie zażyczy. Do tego wszystkiego dorzuciłabym jeszcze niestabilność emocjonalną i być może inne problemy psychiczne…
Narracja mnie również nie porwała. Wręcz odrzuciła. Przemyślenia Lili, prezentacja postaci, opisy sytuacji – wszystko to było jakby rozmyte, bez celu. Niektóre dialogi powodowały, że podnosiłam brwi w niemym zdziwieniu – były tak bardzo sztywne i dziwne, wręcz jakby wyjęte z jakiegoś szkolnego wypracowania. Ale żeby nie było tak całkiem źle – miała dobre momenty. Ale momenty to dla mnie zdecydowanie za mało, kiedy ma się do dyspozycji taki materiał. Marzył mi się kawałek soczystej prozy morskiej, z fantastyczną główną bohaterką i mocnymi męskimi charakterami. Z takimi postaciami, o których nie da się zapomnieć. Marzyła mi się piękna historia o ludziach morza, o tym trudnym i wymagającym życiu, coś na kształt Gniewu oceanu Sebastiana Jungera. Niestety, nic z tego nie wyszło. Ani ludzi morza, ani porywającej bohaterki. Trochę szkoda.
♦
◊ Przeczytajcie ciekawą recenzję Agi z E Book Book
◊ Dla kontrastu kilka ciepłych słów na Literackim zamieszaniu
♦
Za możliwość przeczytania dziękuję
♦
Jestem swiezo po lekturze Wielkego marynarza i prawde mowiac mam wrazenie ze czytalam zupelnie inna ksiazke niz tu opisalas! Mnie porwala, czulam klimat Alaski, morskiej przygody i nigdzie nie pogubilam watkow. Nie powiedzialabym, ze jest to arcydzielo ale dalam wysoka ocene. Druga czesc troche gorsza, przez pierwsza wrecz przefrunelam. Ale ile czytelnikow, tyle opinii i to jest cudne bo tworzy okazje do ekscytujacych dyskusji. Pozdrawiam serdecznie!
Oj, czyżby Literackie tym razem chybiło w wyborze wydawanej książki? Jeśli chodzi o literaturę piękną to ufam im bez granic, ale jakoś ten tytuł, mimo ciekawego opisu, nie zachęcił mnie na tyle, by sięgnąć po książkę 😉 Widzę, że dobrze zrobiłam.
Jak będziesz miała okazję, to spróbuj. Może akurat Tobie się spodoba, są też pozytywne recenzje 🙂