Tak, biorę

Zazwyczaj unikam zabierania głosu w sprawach, które nie dotyczą bezpośrednio książek. Ale tak jak w sytuacji nie jeżdżenia na przeróżne blogerskie spotkania, tak i w przypadku tematu, którego nie można wyczerpać (czyli pieniędzy) chcę zostawić Wam kilka słów. Dużo się dzisiaj mówi o przejrzystości blogera, więc w ramach tej przejrzystości piszę. Wiele osób odżegnuje się od brania pieniędzy za pisanie, dumnie ogłasza, że nigdy nikt im nie zapłacił, chwali się tym, jednocześnie sugerując plugastwo tych, którzy wzięli takie pieniądze.

Mam do tego zupełnie inne podejście i nie mogę zrozumieć, dlaczego nikt więcej go nie ma.

Zdradzę Wam tajemnicę. A nawet kilka. Ale to tajemnica tylko dla osób z rozwiniętym już własnym gustem literackim, wiedzących co lubią czytać, ukształtowanych czytelników. A przede wszystkim ukształtowanych ludzi, uczciwych i fair, poukładanych, takich, którzy rozumieją, że oszukiwanie kogokolwiek dla pieniędzy nie jest fajne. Dla ludzi, którzy piszą o książkach z miłości do nich, a nie z miłości do pieniędzy (wiem, śmieszne zdanie, bo dla pieniędzy pisze się o innych rzeczach, nie o książkach)

Tajemnica numer jeden – pisanie w pewnym momencie może stać się pracą. Nawet jeśli tylko dodatkową, fajnie jest otrzymywać za swoją pracę wynagrodzenie.

Tajemnica numer dwa – blog to moje miejsce, na którym mogę robić to, co mi tylko przyjdzie do głowy. Wkładam w nie dużo wysiłku, buduję pewnego rodzaju społeczność, tworzę grupę odbiorców. Jeśli w którymś momencie moje zainteresowania łączą się z interesem wydawnictwa, które chce mi zapłacić za pojawienie się książki na moim blogu  to w imię jakich idei powinnam odmówić? (w dalszym tekście wyjaśniam, o jakie książki chodzi)

Tajemnica numer trzy – ostatnia i najważniejsza. Jest tak naprawdę jedna zasada. Wydawnictwo nie kupuje ode mnie recenzji, tekstu, tym bardziej pozytywnego tekstu. Wydawnictwo kupuje ode mnie czas, który poświęcę na przeczytanie książki, napisanie tekstu oraz miejsce w kolejce. Bo mogłabym czytać w tym czasie inną dobrą książkę. Pisać tekst o innej dobrej książce. Dobrych książek jest naprawdę bardzo dużo i nie sposób napisać o wszystkich. 

Czytam dużo i nie jestem w stanie napisać o wszystkich książkach, które przeczytałam. Piszę mniej więcej co drugi dzień, więc książek na blogu pojawia się około 10-15. Podobnie na Instagramie. Drugie tyle czytam i przeglądam nie pokazując tego w sieci. Trzymam się zasady, że pokazuję i mówię tylko o wartościowych lekturach. Żadne pieniądze świata nie zmuszą mnie do powiedzenia że coś jest dobre, jak dobre nie jest. Na blogu znajdziecie może ze trzy negatywne teksty i to dlatego, że ja popełniłam błąd, biorąc je do recenzji (spodziewałam się zupełnie czegoś innego). Jeśli czytelnik jest świadomy tego, co lubi czytać, istnieje naprawdę minimalne ryzyko, że popełni błąd przy wyborze kolejnej lektury. Więc rozmawiamy o książkach, pod którymi zawsze podpiszę się dwiema rękami – piszę o nich, bo je kocham i chcę, żeby jak najwięcej osób się o nich dowiedziało. A jeśli wydawnictwu zależy na konkretnym terminie, konkretnej mojej działalności, jednocześnie recenzji, zdjęciu, konkursie i do tego ma na to budżet, z przyjemnością podejmę taką współpracę. I cały czas pamiętajcie – mówimy tylko i wyłącznie o książkach, które mnie interesują.

Nie mogę zrozumieć, dlaczego to źle?

Mam też pewien sposób. Przy propozycjach płatnych współprac, zawsze zadaję sobie jedno pytanie – czy przeczytałabym tę książkę sama z siebie? Jeśli odpowiedź jest negatywna, żadne pieniądze nie przekonają mnie, by tracić na nią czas. Pozytywna odpowiedź nie oznacza automatycznie współpracy, ale daje pole do dalszych działań.

Czy widzę blogi, które są słupami ogłoszeniowymi? Tak. Czy widzę Instagramy, na których ludzie wrzucają jedynie reklamy książek? Tak. Czy widzę blogi, które organizują konkursy za pieniądze z książkami, których nawet nie czytają? Tak. Ale jeśli ja to widzę, widzą też czytelnicy i odbiorcy. Taki bloger traci wiarygodność i kiedyś te miliony z reklam się skończą. Wystarczy poczekać. Albo nawet niech ma sobie te miliony. Po prostu zaczynam omijać taką osobę i szukam innych wartościowych miejsc. Internet jest duży i wszyscy się pomieścimy.

Więc na koniec – proszę wytłumaczcie mi, co jest niemoralnego w braniu pieniędzy za swoją pracę, jeśli robimy to w zgodzie ze sobą, polecamy tylko to, co pokochaliśmy całym serduszkiem po lekturze i damy się za daną książkę pokroić? Gdzie jest nasza wina w tym, że udało stworzyć się miejsce, do którego inny chętnie zaglądają, a ktoś dostrzegł jego potencjał? I wytłumaczcie mi, dlaczego zarabianie na swojej pasji jest rzeczą godną pogardy i czymś, czego trzeba się wstydzić? I dlaczego mówimy o tym zawsze w kontekście kultury, a nie innych dziedzin życia? Inni blogerzy nie mają problemu z przyznawaniem się, że zarabiają po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie z bloga, podczas gdy blogerzy książkowi dumni są z tego, że nikt im nie płaci. Nie rozumiem też stawiania znaku równości pomiędzy dostaniem pieniędzy a wiarygodnością opinii. To znaczy rozumiem, ale jeśli wykorzystacie tajemnicę nr 3 takie dylematy po prostu znikają! 

I żeby nie było, tak już naprawdę na koniec – przez trzy lata blogowania płatne współprace mogłabym policzyć na palcach, może nie jednej ręki, ale dwóch. Ale mam nadzieję, że razem z moim rozwojem będzie się ich pojawiało więcej. Bo jestem dumna ze swojego bloga, z miejsca które udało mi się stworzyć, ze swojego Instagrama i własnego rozwoju, a wszelkie możliwości płatnych współprac traktuję jako komplement. Cieszę się, że ludzie mi wierzą i widzą to, że kocham książki i chcę tylko i wyłącznie dobra czytelnika, żeby poznał jak najwięcej dobrych książek. A jeśli ktoś po trzech latach bycia ze mną zarzuci mi, że biorę pieniądze i przez to jestem niewiarygodna – cóż, to jego zdanie. Ja wokół siebie chcę zebrać osoby, które będą na 100% pewne, że wchodząc na mój blog, poznają tylko dobre książki. Niezależnie od tego, czy ktoś zapłacił mi za moją pracę czy nie. I z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mój blog wyglądałby dokładnie tak samo jak teraz, jeśli nie byłoby na nim płatnych współprac, albo byłoby ich więcej. Bo opowieść o dobrej książce jest zawsze na pierwszym miejscu. 

Nigdy nie odmówię recenzji książki, którą chcę bardzo przeczytać, nawet kiedy nie dostanę za to pieniędzy.

Nigdy nie odmówię recenzji książki, którą chcę bardzo przeczytać, nawet kiedy dostanę za to pieniądze.

  • Uwielbiam takie szczere wpisy. I zgadzam się z tobą co do słowa. Bardzo bym chciała, żeby naszą pracę zaczęto doceniać, tak jak pracę blogerów z innych dziedzin. I jeśli ktoś ma sumienie, szanuje siebie i swoich czytelników, może zarabiać na polecaniu książek, które poleciłby i bez wynagrodzenia. Wynagrodzenie jest tylko zapłatą za nasze działania na rzecz promocji. Dziennikarz pisząc o jakiejś książce dostaje wynagrodzenie od pracodawcy i nikt nie widzi w tym nic złego.

    • Dokładnie tak!! Z jedną tylko różnicą – nie ma co czekać, że zacznie się doceniać pracę blogerów książkowych, jeśli sami tego nie robimy 😉

      • Przyszło mi teraz do głowy coś, co może mieć związek z zarabianiem na blogu książkowym i negatywnym postrzeganiem tego. Dużo ludzi uważa, że kultura powinna być za darmo. Blogi (pop)kulturowe mają zdecydowanie najmniejszą popularność i tak to wszystko wygląda.

  • CoZaBadziewny Czytacz

    No i ekstra! Zgadzam się w 100%! Głupi przykład: Nikt nie ma problemu z tym, że ktoś pracuje w banku i dostaje wypłatę, bo poleca różne lokaty, kredyty czy inne konta oszczędnościowe, a czy taki ktoś korzysta chociaż z jednej tej opcji? Więc nie bardzo rozumiem fochy, kiedy ktoś inny przyzna, że zarobił na promocji książki, którą przeczytał i jest według niego świetna. Jak dla mnie nie ma w tych zarzutach logiki. Poza tym mam wrażenie, że pewnie najwięcej pluje się ktoś, kto takiej propozycji nigdy nie dostał 😉 Bo wtedy można być świętym 😉

    • Mnie przyszedł do głowy inny przykład – idź do pracy i chwal się, że Ci nie płacą pensji 😉 A tak na serio – oczywiście, że są ludzie, którzy robią to dla pieniędzy. Oczywiście, że są blogerzy, którzy polecą wszystko, aby tylko płacili. Ale zamiast przeżywać, trzeba robić swoje i cieszyć się z własnych sukcesów. A to, że ktoś chce ci zapłacić za twoją pracę, to zdecydowanie jest sukces. W innych branżach to rozumieją, tylko w świecie książkowym pieniądz jest zły 😉 Mój spokój ducha w każdym razie pozostaje niezmącony – na blogu przez trzy lata nie pojawiła się ani jedna książka, pod którą nie podpisałabym się dwiema rękami (no oprócz tych 3, o których pisałam w poście :D)

  • Diana, to nie jest tak, że nikt inny nie ma takiego podejścia jak Ty, ja mam na przykład dokładnie takie samo. I boli mnie trochę, że wiele osób uważa, że płatna recenzja = nieszczera opinia, wychwalanie na siłę. Chwalę tylko to, co mi się podoba, a jeśli mi się nie podoba to tak jak piszesz – nikt mnie nie zmusi do zachwytów nad czymś, za darmo, za książkę bądź za pieniądze. A ci blogerzy, którzy wzbraniają się, że w życiu nie wezmą kasy za swój tekst, bo to PASJA i elitarne HOBBY, cóż… Nie chcą, niech nie biorą, wolny kraj 😉 Ale dlaczego tak gardzą tymi, którzy mówią: a ja bym wziął/ja już kiedyś wziąłem? Tak jak piszesz: słupy ogłoszeniowe odbiorcy sami zweryfikują i przestaną zaglądać w takie miejsca. Na koniec napiszę, że słusznie jesteś dumna ze swojego bloga 🙂

    • Dzięki! 🙂 Mam nadzieje, że więcej osób ma takie podejście! Ale ostatnio tylko słyszałam dumne „Ja nie biorę” przez co zaczęłam się zastanawiać, co jest z nimi albo ze mną nie tak? Przecież to oczywiste, że za pracę należy się wynagrodzenie. ZWŁASZCZA, jeśli ktoś chce od ciebie coś, a nie odwrotnie 😉

      • Otóż to! To trochę tak, jak z odwieczną dyskusją czy wypada przy czytaniu… jeść/pić/ślinić palce, przewracając strony/zakreślać coś długopisem etc. Oczywiście mowa o WŁASNEJ książce, nie pożyczonej/bibliotecznej 😉 Niech każdy, na bór szumiący, robi co chce. Ja nie ślinię palców i nie zaznaczam długopisem (wolę naklejki-zaznaczki albo ewentualnie ołówek), ale jem i piję nad swoimi książkami, czasem jest klops i spadnie mi pomidor na stronę 😀 Bywa 😉 To tylko rzecz, o którą staram się dbać, ale… Nie jestem zwolennikiem traktowania książki jak sacrum 😉 Ale trochę odeszłam od tematu 😛 Żałuję, że panuje takie podejście „ja nie biorę”, bo potem jak ktoś chce brać kasę to wydawnictwa stawiają opór i szukają często gdzie indziej, no bo po co mają płacić, jak znajdą 10 innych blogerów na to miejsce, którzy chętnie napiszą tekst za książkę i piłeczkę do ściskania 😉 (przykład, i żeby nie było, ja też piszę teksty za barter!).

        • A wiesz, ja się nawet cieszę, że tak jest. Internet duży, książek też dużo jest, dla wszystkich wystarczy. Ja sobie cenię ponad wszystko wolność wyboru i brak jakiegokolwiek przymusu. Jeśli nawiązuję współprace, lubię to robić z konkretnymi ludźmi, którzy wiedzą, dlaczego piszą akurat do mnie. Wtedy nie ma mowy o tym, że ktoś sobie pójdzie, bo u drugiego jest za darmo. A jeśli komuś wszystko jedno, gdzie się ukaże opinia o książce, to ja chętnie podziękuję sama za taką współpracę 😉

  • Daniel

    Zgadzam się, że zarabianie przez blogerów książkowych jest niesłusznie traktowane jako zaprzedanie duszy diabłu. Ale jest jedna rzecz, na którą chciałbym zwrócić uwagę: z czystym sumieniem można zarabiać na recenzowaniu książek. Bo recenzja jest subiektywna i nawet płacąc za recenzję, wydawnictwo akceptuje warunki. Podejmuje ryzyko, że recenzja niekoniecznie musi być pozytywna. W temacie YouTube’a to przechodzi, a spodziewam się (mogę domniemywać na własnym przykładzie), że i zarobki są tam z tego tytułu większe niż na blogu.

    Druga kwestia: ograniczone miejsce. Wiadomo, trzeba opracować harmonogram, ustawić wszystko tak, żeby obserwatorzy nie uciekli od nadmiernej ilości treści. W tym celu trzeba przeprowadzić selekcję i wybierać książki. Przywykłem do tego, że choćbym stanął na rzęsach, nie jestem w stanie przeczytać wszystkich książek, jakie chciałbym przeczytać. Dlatego muszę wybierać. Zdarza mi się odpuścić jedną książkę na rzecz innej, o której wcześniej nawet nie słyszałem (i często pewnie bym nawet nie usłyszał). Płatne współprace pomagają mi wybrać rzeczy do czytania. Jasne, kasa nie sprawi, że nagle zechcę przeczytać biografię sportowca czy historię sztuki – wybieram książki, w których potencjał wierzę i których tematyka mi odpowiada. Ale jeśli nie sprostają wymaganiom, również publikuję recenzję. I również za taką recenzję biorę pieniądze. Wychodzę z założenia, że trzeba być przede wszystkim fair w stosunku do samego siebie.

    Ostatnia rzecz – z perspektywy człowieka, który prowadzi tylko płatne współprace (niepłatne omawiam zbiorczo, w podsumowaniach miesiąca): według mnie łączenie dwóch światów (zapłacą – napiszę tekst, nie zapłacą – napiszę tekst) zabija biznes. Oczywiście, o ile podchodzisz do tematu w taki sposób, że chciałabyś uczynić kiedyś blog głównym źródłem zarobków i w pełni połączyć pracę z pasją. Chodzi o to, że wydawnictwa często wiedzą, kto bierze pieniądze i mogą krzywo patrzeć na ludzi, którzy wymagają od nich pieniędzy, a dla innych robią za „darmo”. Bo skoro mogę mieć za darmo, dlaczego mam płacić? W czym jest gorszy od tamtego wydawnictwa? Ale to już kwestia podejścia. Wszystko ma dobre i złe strony.

    Ale sam tekst bardzo dobry. Cieszę się, że coraz więcej blogerów ma świadomość wartości swojej pracy i nie wstydzi się tego. 🙂

    • Dzięki za komentarz! Nie porównujmy zarobków na YT i na blogu, bo mi smutno będzie 😀 Chciałabym zarabiać na blogu, ale tylko płatne współprace z pewnością nie zdarzą się u mnie. Bo po pierwsze, nie mam ambicji, żeby blog był moim głównym źródłem dochodu. Zresztą zgadzam się w 100% z Elajzą, która na See Bloggers powiedziała, że bloger powinien mieć zawsze źródło niezależnych pieniędzy – wtedy nie będzie zależny od bloga. A po drugie – wiele książek czytam z biblioteki albo sobie sama kupuję. Jeśli poznam cudowną historię, to opiszę ją na blogu i nie będę żądać za to nawet złotówki. Bo opowiadanie o dobrych książkach jest dla mnie zawsze najważniejsze. Cała reszta to wartość dodana.

      A jeśli chodzi o wydawnictwa i ich wiedzę, kto bierze, a kto nie, nie widzę problemu i nie przejmuję się krzywym patrzeniem. Bo chodzi tylko i wyłącznie o książki. Jeśli wydawnictwo A ma książkę, którą MUSZĘ przeczytać, ja ich będę prosić, żeby mi ją przysłali. Jeśli wydawnictwo B ma książkę, którą chcą, żebym pokazała ( a którą też chcę przeczytać, ale może niekoniecznie w tym roku) – zaproponuję współpracę komercyjną.

  • Myślę, że to, iż sporo blogów/Instagramów książkowych jest „słupami ogłoszeniowymi” skutecznie oddziałuje na czytelników, którzy mogą myśleć, że za reklamowanie lub polecanie książki blogerzy otrzymują jakieś „nagrody” i dlatego pojawia się to ziarnko niewiary, czy czyjaś opinia jest rzeczywiście prawdziwa i rzetelna, czy może ktoś rekomenduje książkę tylko dlatego, że dostał ją za darmo lub jeszcze coś w zamian? I to się odbija trochę na całej książkowej blogosferze. Również spotkałam się ze zdaniem, że blogerzy książkowi za recenzje nie powinni brać pieniędzy – no bo jak to? Przecież to PASJA! Czyli co, pieniądze zarobione dzięki swojej pasji są jakieś gorsze? Według mnie wręcz przeciwnie, a do tego to naprawdę ogromne szczęście móc zarabiać na swojej pasji.

    • Masz rację, ale bardzo mocno wierzę w odbiorcę! Jeśli ja widzę, które konta są „słupami”, to widzą też oni. Dzisiaj świadomość odbiorcy jest o wiele większa i rzeczy, które przechodziły niezauważone kilka lat temu, dzisiaj widać jak na dłoni. Jest mnóstwo osób, które polecają jak leci, aby tylko za pieniądze. Ale czy z tego powodu ja mam rezygnować ze współprac, w imię jakichś szczytnych (i jak to zazwyczaj bywa, zupełnie bzdurnych) ideałów? 😉 Ja zawsze powtarzam, że jak pracuję w bibliotece, też polecam książki. I jakoś nikt nie ma z tym problemu, że dostaję pensję 😉

  • Magdalena Czurczak

    Najpiękniejsze słowa: „blog to moje miejsce…” dlatego rób swoje, bo masz do tego niesamowity dar, serce i talent! W naszym kraju (choć podejrzewam, że nie tylko) na prezentacji ciuszków, paznokietków, kremików czy wreszcie na pięknym ciele fit można sporo zarobić, tak na intelektualnym wysiłku nic albo niewiele. Jest to druzgocące, że ludzie bardziej są żądni oglądania piękności na zewnątrz jak wewnątrz. No nie wypada mi nic innego jak zacytować Marie von Ebner-Eschenbach „Gdzie zaczyna się próżność, tam kończy się rozum”. Mogę tylko żałować, że wcześniej nie weszłam w ten książkowy wirtualny świat, bo na pewno zaczęłabym też wcześniej czytać to, co interesujące, bardzo dobre bądź godne uwagi a nie to, co na topie (choć te też potrafią miło zaskoczyć) , czy to, co u każdego na blogu, bo Wydawnictwa właśnie rozesłały po Polsce setki paczek. Nie mam nic przeciwko nowościom ani przesyłkom, żeby była jasność, ale nie mam też wtedy żadnej frajdy z kupienia i czytania czegoś, na co jest wielki bum i wyścigi na pierwsze recenzje w sieci. Odczekuję mniej więcej pól roku, rok…aż zapomną inni aż przestaną bombardować zdjęciami na Instagramie, bookstargamie…. Daję się oczywiście złapać, że nie wytrzymam i przeczytam ale czy książki się starzeją? czy popełnię jakieś faux pas, że nie przeczytam już teraz??? Ale kończąc już ten wywód, bo jak zwykle poleciałam w inny kierunek, to: recenzuj, zarabiaj, pisz i czytaj to co sprawia Ci radość! i nikomu nic do tego – to jest Twoje miejsce, tu jest Twój byt!!!

    • A wiesz, coś w tym jest i ja też tak trochę mam. Przykład – kocham literaturę górską od kiedy pamiętam. A jak wszyscy zaczęli czytać, zwłaszcza w okolicy wyprawy na K2 i akcji na Nanga Parbat jakoś mnie odrzuciło i omijałam z daleka 😀 Też mam tak z książkami, o których mówią wszyscy, choć czasami sama przykładam do tego rękę 😉

      A jeśli chodzi o nowości to faktycznie – dzisiaj życie książki jest bardzo krótkie. Ja też nie spieszę się z recenzją np. na dzień premiery. Jeśli opublikuję ją później, to nawet lepiej, bo przedłużę jej medialne życie 😀

  • Wydaje mi się, że ludzie krytykują zarabianie na recenzjach na zasadzie kontrastu: ci, którzy robią z bloga słup ogłoszeń contra ci, którzy nie przyjmują pieniędzy w ogóle, i wtedy robią nam się wygodne skrajności i wygodny podział na „dobrych i złych”. A wiadomo, ludziom zależy na wygodzie i jasnym podziale. Dobre, zdroworozsądkowe współpracowanie z wydawnictwami za blisko jest odcieni szarości. I stąd takie głupie opinie w internecie. Sama nie wspominam na blogu nic o współpracy, bo wiem, że przy tak małym i mało popularnym blogu poważne wydawnictwa, które czytam i szanuje, nie uznają mnie za osobę godną. Wolę więc napisać, że nie uznaję współpracy, żeby nie być napastowanym przez dziwnych ludzi którzy chcą, żebym reklamowała ich produkty za darmo. Miałam takie maile, i było to zaprawdę żenujące.

    • Uwielbiam takie maile! Zawsze poprawiają mi humor 😀 Co do krytyki masz rację, ludzie lubią popadać w skrajności. Niestety.

  • Popieram. 🙂 Nie tylko Ty tak myślisz

    • Nawet nie wiesz, jak się cieszę z tego powodu! 🙂

  • Czuję się po części wywołany do tablicy i w zasadzie dziwnie sam ze sobą bym się czuł, gdybym nie odpisał. Zwłaszcza jako regularny czytelnik bloga.

    Na sam początek napiszę, choć pisałem o tym wiele razy, ale nie chcę by były jakieś wątpliwości: nie mam zupełnie nic przeciwko zarabianiu na blogu. Jeśli wydawca chce wypromować swoją książkę, chce więcej miejsca w czyichś social mediach czy jakieś specjalnie przygotowane zdjęcia, to niech płaci. Jak najbardziej.

    Jednak w przypadku recenzji, która ma stanowić krytyczną ocenę danego tekstu, bardzo ważna – według mnie – jest niezależność osoby wyrażającej swoje zdanie. Dodanie pieniędzy do tego równania stanowi tej niezależności poważne zagrożenie. Ja nie byłbym w stanie absolutnie i w 100% zagwarantować, że płatność za recenzję nie wpłynie, choćby podświadomie, na moją opinię. Jeśli Ty masz takie przekonanie, to świetnie tylko pozazdrościć, ale…

    Pozostaje jeszcze kwestia uczciwego postawienia sprawy. Przekonania o własnej niezawisłością tu niejako drugorzędne. Kluczowa jest przejrzystość. Nie bez kozery w USA czy Wielkiej Brytanii od jakiegoś czasu prawem wymagane jest informowanie w bardzo wyraźny i przejrzysty sposób o tym, że dany tekst jest sponsorowany. Dotyczy to nawet sytuacji, w której ktoś za darmo otrzymał dany produkt do recenzji. To nie są żadne wskazania, a wymagania prawne, których nieprzestrzeganie grozi grzywną. Czytelnik powinien wiedzieć, kiedy ma do czynienia z taką treścią, gdyż wtedy może podjąć w pełni świadomą decyzję o zakupie.

    Jedną z największych wartości dla blogera jest jego społeczność, a w zasadzie jej zaufanie. Dla mnie nieujawnianie faktu sponsorowania danego posta jest poważnym nadszarpnięciem tego zaufania.

    • Natalia Szumska

      I tu muszę się z Pożeraczem zgodzić. Uwielbiam Twój blog, Twoje recenzje, a przede wszystkim Twoje zdjęcia, za które naprawdę POWINNI Ci płacić, a jeśli tego nie robią, mogłabyś się o to dopominać.

      Tym niemniej uważam, że recenzja to coś, co nigdy nie powinno powstawać na zamówienie kogoś, kto na sprzedaży książki zarabia. To jedna sprawa. Druga zaś, kluczowa, kwestia, to informowanie czytelnika o wpisach sponsorowanych. Nie chcę mi się wnikać w oczywiste szczegóły. Uważam, że tak jest uczciwie wobec wszystkich stron „kontraktu“ — wydawnictwa, Ciebie, czytelnika. I uważam, że już stworzyłaś społeczność na BLNL, która nie uzna tego za Twoją „sprzedajność“, za to doceni uczciwość oraz to, że dostajesz wynagrodzenie (i słusznie) za swoją pracę 🙂

  • Anetta Samól

    Najważniejsza jest książka. Ta, która naszym zdaniem jest wartościowa i chcemy, aby przeczytali ją inni. A swoją drogą naprawdę nie wiedziałam, przyznaję się, że należałam do tego grona czytających, którzy błędnie myśleli, iż recenzent pisze o książkach z polecenia wydawnictwa. Jeśli jednak kierujesz się wyłącznie własnym literackim gustem i jesteś wierna swoim przekonaniom, to oczywiście, że ten czas powinien być wynagradzany. Właśnie miałam okazję się przekonać, pisząc moją pierwszą, bardzo subiektywną recenzję ile czasu, pracy i przemyśleń kosztuje szczere wypowiedzenie się o książce tak aby zachęcić do jej przeczytania innych. stolikzroyalem.blogspot.com

    • Oczywiście, że są blogerzy, którzy piszą z poleceń wydawnictwa. Ja mogę mówić tylko za siebie – wychodzę z założenia, że życie jest za krótkie, żeby przeczytać wszystkie książki, które chcę przeczytać, więc nie zamierzam marnować sekundy na takie, których nie chcę. Tym bardziej nie zamierzam o nich pisać 😉

  • Amen.

  • Dzień później

    Nie mam nic przeciwko zarabianiu pieniędzy za swoją pasję i bardzo lubię Twojego bloga, ale w zasadzie to zgadzam się z Qbusiem w 100%. Chciałabym się natomiast odnieść do tego, że piszesz, że cyt. „Jeśli czytelnik jest
    świadomy tego, co lubi czytać, istnieje naprawdę minimalne ryzyko, że
    popełni błąd przy wyborze kolejnej lektury” – i stąd tak mało jest negatywnych recenzji na Twoim (i nie tylko Twoim) blogu. Otóż konia z rzędem temu, kto naprawdę trafia na same dobre książki. Ja jestem świadomą czytelniczką (mam w końcu 40 lat praktyki), wiem, co mnie interesuje, a mimo to ciągle zdarza mi się trafiać na tzw. czytelnicze chały. I kiedy pisałam swojego bloga nie brakowało na nim recenzji także negatywnych – ponieważ jestem szczera, a w dodatku nie ograniczały mnie żadne współprace recenzenckie i nie musiałam się nikomu tłumaczyć z tego, jeśli o książce napisałam źle (co najwyżej zdarzyło mi się odpierać ataki fanek autora, kiedy zjechałam powieść Mroza). Zatem sorry, ale nie wierzę, że komuś trafiają się wyłącznie dobre lektury. Jest np. bestseller, który wszyscy zachwalają (sypią się pozytywne opinie na zamówienie wydawnictw, tak tak), a przy czytaniu okazuje się, że żadna to rewelacja – i co? Zatem sorry, ale nie wierzę w takie bajki.

    • Jasne, że nie ma takiej opcji, żeby trafiały się tylko dobre książki! 🙂 U mnie nie ma negatywnych recenzji z prostego powodu, o którym zawszę mówię – to moja wyjściowa idea pisania bloga, że piszę tylko i wyłącznie o dobrych książkach, które polecam. Chcę, żeby czytelnik traktował mojego bloga jako miejsce, gdzie może wejść i w ciemno wybrać książkę, będąc pewnym, że ja uważam, że jest dobra. Szkoda mi czasu na pisanie o książkach, których nie polecam. Oczywiście, że na takie trafiam, ale zazwyczaj nawet nie kończę ich czytać.

      Myślę, że istotna jest kolejność. Współpracuję, bo czytam, a nie czytam, bo współpracuję. Dla mnie to zasadnicza różnica i myślę, że stąd biorą się nieporozumienia. Ale też masz rację pisząc o tekstach na zamówienia – tylko to jest tak obszerny temat, że nie da się go wyczerpać. W końcu i tak każdy robi, jak chce i zgodnie z własnym sumieniem. Ja mogę pisać tylko za siebie.

  • A ja to się tylko zastanawiam, czemu mają służyć te dyskusje na różnych blogach. Bo przecież wniosków żadnych z tego nie będzie. Nowej polityki otrzymywania książek czy płacenia za pracę także. Zatem po co tyle słów i wzajemnych żalów? Kolejna forma promocji? Nie lepiej się odciąć i robić swoje? Każde sam może ocenić, które blogi są dla niego wiarygodne (nieważne czy sponsorowane), a które zwyczajnie nie wpisują się w jego gust.

    • Dyskutowanie jest zawsze ważne, bo nigdy nie wiesz, kto przeczyta, kto przemyśli, kto coś zmieni i czy w ogóle. Nie można pisać, że to niczego nie zmieni, bo tego po prostu nie wiesz.

      Jeśli chodzi o odcinanie się i robienie swojego to pierwsza Ci przyklasnę, zazwyczaj tak właśnie robię. Ale czasami coś spowoduje, że chcę się wypowiedzieć na dany temat. Żalów nie zauważyłam.

      • Mój wpis nie miał uderzać w Ciebie, to nic osobistego. Lubię Twoją stronę. Po prostu podobnie jak Ty głośno myślę. Nie sądzę aby ta dyskusja na kogokolwiek wpłynęła. Kto zarabia na blogowaniu, ten z tego nie zrezygnuje, a ten co nie zarabia, też prawdopodobnie dzięki tej dyskusji się do tego nie przekona. Dla mnie to wygląda na tworzenie rzeczywistości i filozofii, która dyskusji nie wymaga, a jedynie pragnie zwrócić uwagę na pewną grupę. No ale może się mylę…

  • Jeśli potraktujemy książkę jako produkt, a dlaczego mamy tego nie robić, to blogger pisząc o książce i zamieszczając informacje o niej w social media uczestniczy w promocji produktu i powinien za to otrzymywać wynagrodzenie i raczej powinno to być coś więcej niż egzemplarz książki. Z drugiej strony, jako czytelniczka chciałabym wiedzieć, że czytam tekst sponsorowany. Prosty komunikat pod wpisem: ” Wpis powstał w wyniku współpracy z wydawnictwem X” zupełnie mnie zadowala.

  • Postaram się odpowiedzieć krótko i na temat, bo dyskutować pewnie moglibyśmy długo, ale w pewnych punktach pewnie byśmy tylko się przerzucali mijającymi się argumentami.

    Nie wiem, jak jest z cosplayerami w Niemczech, ale mi chodzi tylko o oznaczanie współprac sponsorowanych. Gdy oznaczasz wydawnictwo, to nie wiadomo, czy dostałaś za tekst pieniądze, czy tylko egzemplarz do recenzji. Ja oznaczam wydawnictwa nawet wtedy, gdy sam sobie kupiłem książkę. Nie widzę zresztą w tym argumentu w temacie tego prawa. Wymagania prawne są tam jasne i chciałbym, by podobne zostały wprowadzone u nas.

    Skoro 99% jest za darmo to, czy tak wielką szkodą byłoby odpowiednie oznaczenie tego 1%, który darmowy nie jest? Natalia słusznie napisała: masz na tyle wierną i pozytywną społeczność, że im to nie zaszkodzi. W dodatku będziesz w pełni fair wobec użytkowników nowych.

    Można, a nawet trzeba, napisać uczciwie nawet (albo i zwłaszcza), gdy jest opłacony. Sam chcę wierzyć, że też tak będę potrafił. Ale uczciwym jest, by poinformować o tym czytelnika. Tylko tyle i aż tyle.

    • Masz rację z tym przerzucaniem 😀 W każdym razie nie wiem, może ja jestem jakimś dzieciakiem, który nie powinien się brać za sprawy dorosłych, bo naprawdę nie rozumiem, jakie znaczenie dla czytelnika ma fakt, czy dostałam pieniądze, czy tylko egzemplarz recenzencki, jeżeli wychodzimy z założenia, że i tak zawsze piszę to, co myślę. Że zacytuję jedną wypowiedź z Instagrama „Szczerze mówiąc nie obchodzi mnie, kto za co bierze pieniądze. Lubię twój blog i cenię recenzje. To mi wystarcza, nie potrzebuję wiedzy o stanie konta kogokolwiek” 😉

      Ale! Rozumiem, że są ludzie, których to interesuje. I myślę o tym i być może faktycznie, przy kolejnej płatnej współpracy oznaczę takie posty. Może nawet kiedyś zrozumiem sens tego. Dlatego cieszę się bardzo z naszej dyskusji i z tego, że się wypowiedziałeś!

      • Mnie bardzo obchodzi, który post jest sponsorowany, a który nie. Nie chodzi o sumę, którą otrzymujesz, ale o zwykłą uczciwość wobec czytelnika. Na post sponsorowany, wezmę poprawkę i przeczytam, ale nie będę czuć się oszukana, jeśli książka okaże się jednak słaba. Jeśli chodzi o oznaczanie postów sponsorowanych wymaga tego również polskie prawo prasowe, więc w każdym poważnym serwisie czy w prasie taki artykuł jest obowiązkowo oznaczany. Być może modernizacja prawa i rozszerzenie tego do blogosfery byłaby świetnym rozwiązaniem. I uczciwym.

  • To ja tylko od siebie dodam, że jednym z efektów tej dyskusji jest właśnie ten post. Ja się mogę z Dianą nie zgadzać w pewnych kwestiach, jak widać powyżej, ale jednocześnie bardzo się cieszę, że napisała ten wpis. Nie chcę, by ktokolwiek rezygnował z płatnych współprac – ba, bardzo cieszę się, że ktoś chce blogerom płacić – a po prostu chciałbym wskazać na potrzebę przejrzystości.

  • Znaczy ja w sumie nie wiem i nie rozumiem, w czym problem. To znaczy jeśli dana osoba czuje się dobrze z tym, że dostaje pieniądze za napisanie takiej recenzji a może raczej za CZAS włożony w jej pisanie, to naprawdę nie wiem, co komu do tego. Jakby nie było, właśnie wygospodarowanie tego czasu, przeczytanie i napisanie mądrej recenzji, merytorycznej, zajmuje trochę czasu, a jeśli ktoś ma pracę, inne obowiązki – dlaczego ma tych pieniędzy nie przyjąć? Blogowanie samo z siebie jest okej, ale chyba ludzie, blogerzy, szanują swój czas, i robienie wszystkiego charytatywnie w imię „większego dobra” jest trochę bezcelowe.

  • White Rabbit

    A ja tam nie wiem czy Ci wierzyć, skoro nie chcesz umieścić informacji o sponsorowanych postach. W ten sposób robisz dokładnie to, czego oczekują marketingowcy – iluzję braku reklamy. Wydawnictwom płacącym Ci właśnie na tym zależy, żeby marketing był niewidoczny, żeby to był naturalny marketing szeptany, a Ty postępujesz zgodnie z ich oczekiwaniami. I to nie jest fair w stosunku do czytelników bloga.

    • Jeśli moje posty Cię nie przekonują, to ja też na siłę nie zamierzam Cię przekonywać. Możesz mi nie wierzyć, nie ma problemu.

      To nie jest tak, że „nie chcę”. Nie rozumiem takiej potrzeby i staram się ją zrozumieć i zrozumieć punkt widzenia osób, które potrzebują takiej informacji. Stąd cała dyskusja. Rozwijam swoje zdanie w tym temacie i nie wiem jeszcze jakie będą ostateczne wnioski.

      Czy Ty jako odbiorca, na widok informacji pod tekstem „za to dostałam pieniądze” pomyślisz raczej „spoko, fajnie, dzięki za informacje”, czy raczej „o, to opłacone, to książkę omijam, bo jak dostała kasę, to na pewno ściemnia, że dobra”? Pytam ze szczerej ciekawości.

      Gdybym wybierała książki do recenzji na podstawie tego, kto mi zapłaci, bez względu na to, czy książka mnie interesuje czy nie, byłabym słupem ogłoszeniowym i wtedy być może faktycznie poczuwałabym się do tego, żeby pisać, kto płaci. Ale ponieważ polecam tylko te książki, które naprawdę chcę polecić i robię to sama z siebie, a jakiekolwiek pieniądze to wartość dodana, która nie ma na nic wpływu ( a już zwłaszcza na opinię) to mam jakiś zgrzyt. W pracy też polecam książki i nikogo nie obchodzi moja pensja. Chociaż z drugiej strony być może zatrzymałam się też na etapie, gdy pisałam „dla siebie”, a teraz kiedy blog się rozwinął, trzeba by podejść do tego bardziej profesjonalnie 😉

      Także tak – myślę o tym 🙂

      • White Rabbit

        Chodzi o przejrzystość. Dla mnie ta informacja będzie ważna na kilku poziomach. Po pierwsze, sama stwierdzę czy mogę ufać blogerowi, będę mogła zauważyć czy opłacone recenzje są bardziej pozytywne niż inne i jaki procent stanowią. Nie wystarczą mi w tej kwestii Twoje deklaracje, wolę sama sprawdzić. Jeśli jest jak mówisz, nic nie ryzykujesz.
        Po drugie, będę miała jasną informację o tym jakie książki są przez wydawnictwa promowane bardziej niż inne, co uodporniłoby mnie na nachalne reklamy książek.
        Wreszcie, gdyby wszyscy blogerzy i instagramerzy stosowali politykę transparentności, musieli by wysilić się o wiele bardziej pisząc recenzje. Samo polecenie książki opłacone przez wydawnictwo, bez wnikliwej oceny, czy krytyki zasiałoby we mnie wątpliwości co do wiarygodności blogera. Dlatego książki opłacone musiałyby być oceniane surowiej i dokładniej od innych. Takie praktyki podniosłyby więc jakość blogosfery książkowej w dłuższej perspektywie.
        Już Ty sama dwa razy bardziej zastanowiłabyś się pisząc każde słowo na temat książki za której przeczytanie dostałabyś pieniądze, gdybyś musiała o opłaceniu informować – dzięki temu zyskałabyś tylko na wiarygodności. Ukrywanie tej informacji to zaś wprowadzenie w błąd. Być może nikt by nie miał nic przeciwko opłacaniu wpisów o książkach, gdyby wszyscy wyszli z szafy i o tym głośno mówili. Inaczej żyjemy w iluzji pisania napędzanego tylko pasją. A to nie jest prawda.

        • O i ja się w pełni zgadzam z tym komentarzem 🙂 W zasadzie uzupełnia on to co już napisałam. Gdyby coraz większa część z nas stawiała na przejrzystość, czytelnicy mieliby do blogerów dużo większe zaufanie. Na ten moment natomiast spotykam się z tekstami: „nie ufam blogerom i dziennikarzom w kwestii poleceń książkowych, bo są opłacani i nawet o tym nie mówią wprost”. Smutne to i mam wtedy poczucie, że coś zrobiliśmy nie tak. Z osób z pasją staliśmy się w odbiorze społecznym grupą, której nie można ufać? Zmieńmy to, przede wszystkim mówiąc wprost o współpracach finansowych i barterowych. Punt widzenia czytelnika pięknie został wyłożony przez @PoProstuA:disqus .

  • Pingback: ()

  • Rozmawiałyśmy już prywatnie, ale taki tu ruch, że dodam tylko zdanie od siebie, które Ty już znasz. Zgadzam się z głosami o przejrzystości. Ba, im bardziej w social mediach te dyskusje postępują, tym bardziej staję się jej orędowniczką. Przejrzystość i uczciwe informowanie kiedy tekst/materiał video/zdjęcie powstało we współpracy barterowej, kiedy finansowej, jest kluczowe. Troszkę mnie dziwi, że nie rozumiesz zasadności takiego działania. (tak odpowiedziałaś Jakubowi poniżej). Tak powinny działać uczciwe media – mówić kiedy treści są sponsorowane, to światowe standardy 🙂 Czytelnik ma prawo wiedzieć jak działasz i mając komplet informacji czytać, lub nie czytać tekstu.
    Ja stosunek do tekstów sponsorowanych mam dość sceptyczny, ale w to akurat nie chciałabym się teraz i tutaj zagłębiać. Jeśli udaje Ci się to oddzielić i nie czuć się jak przedłużenie działu marketingu, to super i zazdroszczę 🙂 Ja też kiedyś w przyszłości chciałabym móc zarabiać na blogu, ale mam koncept na nieco inną formę tego zarabiania 🙂
    Przede wszystkim tworzysz tutaj super miejsce i zaangażowaną społeczność, myślę, że czytelnicy tylko docenią Twoją szczerość, tak jak jesteś szczera w tym tekście.

    Uściski,
    A.

  • Zadałaś pytanie w tekście: „Więc na koniec – proszę
    wytłumaczcie mi, co jest niemoralnego w braniu pieniędzy za swoją pracę,
    jeśli robimy to w zgodzie ze sobą, polecamy tylko to, co pokochaliśmy
    całym serduszkiem po lekturze i damy się za daną książkę pokroić?” To ja na nie odpowiem. Jeśli bierzesz pieniądze za pracę, to super. Pracuję w marketingu i nie napiszę o moim produkcie, że jest kiepski, jeśli nawet ma jakieś wady. Napiszę, że jest super, zgrabnie omijając jego wady. Bo mi za tą płacą. Bo lubię do tej pracy przychodzić, bo szef poprosił, etc. Blog nie jest miejscem pracy. Blog jest pasją. Można na nim zarabiać, można dać banery reklamowe, można zorganizować konkurs, płatną akcję, ale na nie można pisać recenzji za kasę, bo nigdy nie będą bezstronne, choćbyś się pazurami zaparła i powiedziała, że tak jest na miliard procent. A wiesz dlaczego? Bo absolutnie żadne wydawnictwo nie zapłaci Ci, jeśli napiszesz, że książka ma błędy, jest nudna i ma słabe postaci. Ja, nie tylko jako blogerka, ale przede wszystkim jako czytelniczka Twojego bloga, czuję się oszukana. Zwłaszcza, że jak sama wspominasz, napisałaś tylko trzy negatywne recenzje, bo o złych książkach nie piszesz. A dlaczego? Dlaczego nie chcesz ostrzec swoich czytelników przed zakupem gniota? Chcesz miejsce pracy z książkami? Zgłoś się do Copywrittingu do księgarni internetowej i pisz reklamowe opisy książek. Oczywiście masz rację, to Twój blog i możesz robić na nim, co chcesz, tylko szkoda, że nie informujesz, że dana recenzja została napisana jako tekst sponsorowany. Wiedziałabym, której opinii nie ufać i nie czułabym się okłamana.

  • Nie jest spójne to, o czym piszesz. Mówisz, że nie piszesz recenzji za pieniądze, ale jednak je bierzesz od wydawnictw. Mówisz, że nie dajesz gwarancji pozytywnego tekstu, ale negatywnych nie publikujesz. To jak nie publikujesz, to jednak nie dostajesz pieniędzy za spędzony czas? Czyli wychodzi na jedno. Tekst sponsorowany jest tekstem sponsorowanym i tak powinien być oznaczony, aby nie oszukiwać swoich czytelników. Super, że całym serduszkiem polecasz coś, za co Ci zapłacono. To fajnie, że wszystko się tak ładnie zgrywa, ale według mnie opinia opłacona jest marketingowym zabiegiem, a nie obiektywną wypowiedzią o książce.

  • No i właśnie o to chodzi, piszesz tylko o dobrych książkach, a niektóre dodatkowo dostajesz pieniądze, załóżmy za kolejkę, a nie samą recenzję, ale recenzję pozytywną, bo negatywnych nie publikujesz i nie bierzesz za nie pieniędzy. I koło się zamyka 🙂 Oznaczaj proszę te płatne, bo będzie to zwyczajnie uczciwe. Lubię Twojego bloga, ale po tym tekście się zawiodłam 🙁

  • Mogę się wypowiadać tylko za siebie – pokończyłam większość współprac, dlatego że mnie nie satysfakcjonowały. Nie czytam literatury kobiecej, prędzej sięgnę po coś z dziedziny wojskowości. Wolę lektury wybierać sama, przez co mam poczucie niezależności. Niekiedy jednak współpraca daje mi możliwość nabycia książki, za która musiałabym sporo zapłacić, a która chcę mieć na półce. Ale to, niestety, rzadkość – takie przypadki mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli bardzo chciałabym jakąś książkę przeczytać, sama się zwracam do wydawnictwa.
    Nie miałabym nic przeciwko, by mi płacono za recenzje. Być może nawet były by lepsze, niż te pisane „tylko” dla siebie;)
    Ale, fakt, wolę być niezależna, bo to mi pozwala wracać do moich ukochanych staroci.
    I kiedy wrócę do blogowania, będzie areną zapomnianych powieści.

  • Właśnie – jestem w trakcie przeprowadzki i jestem po prostu załamana, i to nie żadna kokieteria, bo już teraz wiem, że 1/3 książek mi się nie zmieści. Poprzednio miałam książki ułożone podwójnie, jedne za drugimi, i ledwo się mieściły, a teraz mam inne regały i klops!
    Przez ostatni rok dałam się skusić tylko na kilka naprawdę wartościowych pozycji, ale „pocisnęłam” około setki książek, do których nie wrócę. Ostatnio znalazłam nawet jakąś zapomnianą dialektykę. No po co mi to?
    Ale wracając do wątku – widzisz, jakie jesteśmy zgodne 🙂

  • Mnie nie obchodzi, czy ktoś pisze za darmo, za egzemplarz książki, czy za pieniądze. Jeśli dla mnie bloger pozostaje wiarygodny, czyt. nie zachwyca się dosłownie każdą książką lub potrafi pokazać wady, zalety, a czasem przyznać się, że książka była do chrzanu. I tyle, koniec tematu.
    Ja już teraz traktuje blogowanie i prowadzenie bloga jako pracę. Może nie płatną, ale jest to regularne pisanie, tworzenie i wymyślanie. Wkładam dużo pracy w niego i nie rozumiem, dlaczego jest to takim tematem tabu. Tak samo jak dostawanie za to pieniędzy. Spędzam czas na pisaniu, tak samo jakbym szła do biura lub prowadziła firmę, więc oczekiwanie lub przyjęcie wynagrodzenia nie jest czymś złym.
    Szkoda, że tak wielu, wielu ludziom to przeszkadza i mają ból o wszystko. Może to po prostu zazdrość lub chore ambicje. Ja już dawno przyrzekłam sobie, że nie będę innym zaglądać do portfela i życzyłabym sobie tego ze strony innych 🙂

  • Ja jestem często trochę zazdrosna o sukcesy innych, ale nie życzę nikomu źle. Oczywiście, szanuję takie osoby i zyskują w moich oczach bardzo dużo, ponieważ wiem, że doszły do tego ciężką pracą. Ich sukcesy bardziej wpływają na moją ambicję, zaczynam starać się i pracować bardziej. To taki raczej kop motywacji dla mnie. 🙂