Diabeł Urubu to debiut Marlona Jamesa, znanego nam już z Krótkiej historii siedmiu zabójstw i Księgi nocnych kobiet. Jego książki ciągle przede mną, ale teraz tak sobie myślę, że idealnie się złożyło. Zaczynając od debiutu mogę obserwować naturalny rozwój Jamesa jako pisarza – a jest co obserwować, bo Diabeł Urubu to książka, o której długo będę pamiętać.
Przy powieściach zawsze się zastanawiam, co takiego sprawia, że dana książka przyciąga moją uwagę. Kiedyś już Wam pisałam, że ja powieści nie umiem doceniać. A jednak czasami zdarzają się takie, które mnie porywają – językiem, budową zdań, celnością spostrzeżeń, sposobem opisywania rzeczywistości. Czasami nie chodzi o to, co znajdę w danej książce, ale jak to jest opisane. To u mnie bardzo rzadkie, ale tym właśnie podbiła moje czytelnicze serce książka Jamesa.
Na początku nie miałam pojęcia, co o niej myśleć. Rozpoczyna się końcem, kończy początkiem. Gęsta, lepka atmosfera uderza czytelnika już od pierwszych zdań. Zostajemy wrzuceni do jamajskiej wioski, w której ścierają się dwie rzeczywistości – ta oficjalna, na pokaz i ta za drzwiami domów. Poznajemy całą galerię postaci, o których nie da się zapomnieć – postaci tak ludzkich, tak pięknie stworzonych przez Jamesa, że zachwycających, nawet w swoich najgorszych wcieleniach.
Na okładce przeczytamy, że James stworzył wstrząsającą wiwisekcję religijnej sekty. I rzeczywiście tak jest, ale warto poszukać w tej opowieści czegoś więcej. Podstawowa oś wydarzeń to pojawienie się Apostoła Yorka w małej wiosce i wszelkie tego następstwa. Jednocześnie to doskonały obraz małej społeczności ludzi, którzy są zamknięci na świat zewnętrzny i funkcjonują tylko między sobą. To opowieść pełna metafor, niedopowiedzeń, tragiczna, ale mająca w sobie elementy komizmu, tak plastyczna, że człowiek z trudem łapie oddech podczas lektury. To wiwisekcja religijnej sekty, wiwisekcja małej społeczności i również samego człowieka – w co i jak wierzy, kiedy przestaje myśleć samodzielnie, kiedy jest podatny na manipulację, do czego jest zdolny. To również doskonale skonstruowana opowieść o zemście, tej najbardziej przerażającej, dotykającej najbardziej bolesnych spraw, samego sensu człowieczeństwa. Nie wiem dlaczego, ale cały czas podczas lektury myślałam o Władcy much. Obie te książki skrycie i niepostrzeżenie wchodzą w czytelnika, drążą, zmuszają do myśli, których wolelibyśmy unikać.
Diabeł Urubu to niesamowita książka. Czytelnik ją zaczyna i na początku wie, co jest dobre, a co jest złe, wie kto jest dobrym bohaterem, a kto złym, jest pewny swoich emocji, uczuć i własnych poglądów. Po skończeniu lektury wszystko się zmienia – czytelnik nie wie, co tak właściwie się wydarzyło, relacja dobry-zły przestaje mieć znaczenie, a na pewno nie jest już tak jednoznaczna, jak na początku. Nie wiemy nawet, po której stronie stanąć. Do tego opowieść Jamesa to niesamowite splątanie ludzkich losów. Po skończeniu lektury próbowałam przemyśleć wszystko, poukładać sobie w głowie, zastanowić się nad losami bohaterów. Nie do końca mi się to udało, bo jednak emocje dominują. Życie każdego człowieka z tej wioski jest tak bardzo intensywne, tak bardzo bogate w przeżycia, że ciężko to zamknąć w zdania. Do tego ich życia są tak bardzo powiązane ze sobą wzajemnie, że trudno wyodrębnić pojedynczą historię. Zostałam z wieloma zakończeniami w głowie, z masą możliwości i różnych opcji, z silnymi uczuciami do każdego z bohaterów, z myślą, że ta bardzo konkretna historia o małej jamajskiej wiosce, jest wbrew pozorom bardzo uniwersalna i bliższa nam, niż może się wydawać.
To kawał doskonałej literatury. Przykład na to, jak plastyczny i żywy potrafi być język, ile emocji potrafi przekazać i jak bardzo potrafi dotknąć czytelnika. Tłumaczył Robert Sudół i jemu również należą się słowa uznania. Czytajcie, bo warto!
♦


A następne książki Jamesa są jeszcze lepsze 🙂 Trudna w czytaniu (ten język!), ale bardzo wartościowa literatura.
Mnie przeraża okładka, więc nie mam ochoty na treść :]
Serio? A mi się tak bardzo podoba!
Serio. Takie okładki źle działają na moje emocje, głównie niepokój.
Rozumiem. Sama książka też w sumie jest dosyć niepokojąca, więc dobrze, że okładka ostrzega.
Dokładnie 😉