
Mick Herron || Tłumaczenie Robert Kędzierski, Anna Krochmal
Kulawe konie to książka, która mnie zaskoczyła kilka razy. Po pierwsze jest to thriller szpiegowski, a ja zwykle takich książek nie czytam. Dlaczego, zapytacie. A ja nie będę umiała odpowiedzieć, bo naprawdę nie wiem. Zawsze sobie żartuję, że na szczęście są książki, które nas nie interesują. Przecież i tak nie da się przeczytać wszystkiego! Ale zaczęłam się zastanawiać, czy to nie wynika z jakichś moich uprzedzeń albo po prostu z tego, że nigdy po taką literaturę nie sięgałam. A być może omija mnie coś fajnego! W końcu jedna z moich ukochanych powieści jest właśnie powieścią szpiegowską – a mówię tutaj o Pielgrzymie Terry’ego Hayesa. Powieści szpiegowskie mają zawsze świetnych bohaterów, takich, jakich ja lubię najbardziej. W końcu to szpiedzy, muszą być więc szalenie inteligentni, sprytni, przebojowi, silni, charyzmatyczni… No jednym słowem tacy jak James Bond, wiadomo.
Postanowiłam dać szansę powieściom szpiegowskim w moim czytelniczym życiu. Ale Kulawe konie zainteresowały mnie nie tylko dlatego, że to szpiegowski thriller. Zainteresowały mnie tak naprawdę czymś przeciwnym – bo to książka o przegrywach. O agentach, którzy coś schrzanili na swoich misjach, którym coś się nie udało, który zostali za coś ukarani. A karą jest zesłanie do Slough House, miejsca, w którym mają przekładać papierki z miejsca na miejsce i czekać na kolejną szansę. Która teoretycznie jest możliwa, ale w praktyce nigdy do tej pory się nie wydarzyła. Tak poznajemy Rivera Cartwrighta, Jacksona Lamba, Sid Baker, Jeda Moody’ego, Ho i innych. Ale świat daje im drugą szansę, a właściwie sami sobie ją biorą – kiedy w sieci pojawia się film z porwanym chłopakiem i obietnicą ścięcia mu głowy, kulawe konie, jak ich wszyscy nazywają, postanawiają działać, nawet wbrew rozkazom. W końcu i tak nie mają nic do stracenia…

I ja bardzo lubię, wręcz uwielbiam książki o ludziach, którzy nie mają nic do stracenia. Lubię takich bohaterów, po których nikt się niczego nie spodziewa, a którzy zaskakują na sam koniec. Naprawdę mam słabość do takich historii. Kulawe konie pod tym względem dostarczyły mi wiele emocji, ale zaskoczyły mnie w innej sprawie. Nie ma tutaj tak naprawdę jednego bohatera, bohaterem jest cała grupa postaci, przynajmniej ja to tak odebrałam. Co z jednej strony jest ciekawe, ale z drugiej trochę mi szkoda, bo mam poczucie, że mogłabym polubić Rivera bardziej. Ale to też nic straconego, bo w najbliższym czasie pojawią się kolejne części – Martwe lwy i Prawdziwe Tygrysy, a do tego wszystkiego będzie też serial z Garym Oldmanem!
Początek tej historii jest dosyć wolny, skaczemy od jednego bohatera do drugiego, co może wydawać się męczące, ale kiedy poznamy ich wszystkim, docenimy dynamikę akcji. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak jedna rzecz, o której nic nie mogę napisać, bo to byłby potężny spoiler! W każdym razie opis książki zapowiada jedno, możemy z niego wnioskować, jak akcja się rozwinie i potoczy, ale wierzcie mi, ona się toczy w zupełnie inną stronę! I to był taki moment wow, ale jak to!? Bardzo doceniam książki, które tak mnie zaskakują! Do tego jest w niej mnóstwo brytyjskiego humoru, który oczywiście nie jest dla każdego, ale jeśli go lubicie, to książka też wam się spodoba!
Podsumowując – bardzo dobrze się bawiłam przy lekturze, choć nie od samego początku i z wielką niecierpliwością czekam na dalsze części!
♦
Książka bardzo mnie wciągnęła i bardzo mi się podobała. Wciągnęła mnie od początku i do końca trzymała w napięciu. 🙂
Świetna książka, którą bardzo dobrze się czyta 🙂