Coast Road. Powieść

Alan Murrin || Tłumaczenie Mikołaj Denderski

Gdyby ktoś zapytał księdza Briana Dempseya o to, jaka jest największa spośród licznych sztuczek, na które Kościół katolicki nabiera  swoich wiernych, odparłby, że jest nią spowiedź. To wyobrażenie anonimowej rozmowy było w niej najbardziej złudne. (…) Przy tym w miasteczku takim jak Ardglas, gdzie żyło może z tysiąc mieszkańców, z których tylko kilkuset uczęszczało regularnie do spowiedzi, jeszcze łatwiej było rozpoznać, kto mówi. Po samym głosie. (…) Dlatego ludzie nie spowiadali się szczegółowo ze swoich grzechów, tylko przedstawiali ich eufemistyczną wersję. “Powiedziałem żonie, żeby się odpierdoliła” przybierało postać “Nieuprzejmie odnosiłem się do żony”. “Rżnąłem żonę bliźniego” zamieniało się w “Pożądałem żony bliźniego”. “Sprałem swoją żonę” ukrywano za formułką “Nie miałem cierpliwości do żony”.

Rozsmakowuję się w irlandzkich powieściach. Nieśmiało i powoli, ale konsekwentnie. Czuję, że nadchodzi w moim czytelniczym życiu era powieści z wyspy – i was oczywiście też zabiorę w tę podróż. A może wy mnie? Może jest tutaj ktoś, kto czyta, kocha i zna od dawna? Ale zanim o samej powieści, muszę jeszcze raz podkreślić, jaką znakomitą serią jest Seria z Żurawiem wydawnictwa Bo wiem. Przeczytałam chyba większość tytułów z niej i każdy był bardzo, bardzo dobry – a niektóre zostaną ze mną już na zawsze. Jeśli szukacie ciekawej, nietuzinkowej literatury z całego świata – to koniecznie musicie ją poznać! Wspomnę tylko o wspaniałej japońskiej Dziewczynie z konbinihiszpańskim horrorze Kornik czy tybetańskiej powieści Własnymi ciała mierzymy tę ziemię.

Coast Road to powieść, której też nie da się szybko zapomnieć. To jedna z tych ciężkich, dusznych i klaustrofobicznych książek, od których nie można się oderwać.  I słowo klaustrofobiczny określa ją perfekcyjnie. I teraz tak – można podejść do niej na dwa sposoby. Czytać bez żadnego przygotowania, popłynąć z prądem i emocjami, jakie znajdziemy w tej historii – a będzie ich nie mało. Opowieść, mimo że osadzona w bardzo konkretnych realiach i warunkach, jest bardzo uniwersalna, bo opowiada o podstawowych prawach i pragnieniach kobiet. Ale można sobie też zbudować na początku kontekst i wtedy ten tekst uderza jeszcze bardziej. Jeśli nie macie na to ochoty, to ja wam tutaj napiszę dosłownie kilka zdań, bo moim zdaniem, warto to wiedzieć.

Akcja rozgrywa się w hrabstwie Donegal, w miasteczku Ardglas, w 1994 roku. A czy wiecie, że do tego roku, do 1994 rozwody w Irlandii były niemożliwe? Konstytucja z 1937 roku surowo zabraniała rozwodów. Prób zmiany tego stanu rzeczy było kilka – już w 1986 roku ogłoszono ogólnokrajowe referendum, ale wtedy większość opowiedziała się przeciw. Dopiero w 1994 roku w referendum większość opowiedziała się za zlikwidowaniem z konstytucji zakazu rozwodów, ale było to zwycięstwo niewielkie, 50,3 % głosujących  było za, 49,7 % było przeciw. Co więcej, to referendum legalizowało rozwód tylko wtedy, gdy para pozostawała w separacji przynajmniej 4 lata. Kiedy dołożymy do tego, że Irlandia ma bardzo trudną historię, silne powiązania z kościołem, a małe społeczności w takich warunkach to idealne miejsca na dramaty ludzkie – mamy Coast Road.

Powieść ma kilku bohaterów. Przede wszystkich są to dwie główne postacie kobiece, Izzy Keaveney, gospodyni domowa oraz Colette Crowley, poetka i pisarka. Zderzają się dwa światy – Izzy jest nieszczęśliwa w małżeństwie, ale przyzwyczajona do swojej sytuacji, nic z nią nie robi. Colette wraca do miasteczka w niesławie – wcześniej porzuciła męża i dzieci i wyjechała, by żyć z innym mężczyzną. Po zakończonym romansie wraca, bez środków do życia, ale za to z wielką determinacją, by odzyskać kontakt z dziećmi. Obecność Colette to przebudzenie dla Izzy, która zaczyna pragnąć innego życia – takiego z wolnością, z możliwością decydowania o sobie. Może nie do końca jeszcze wie, czego dokładnie chce, ale patrząc na wolną Collette, czuje, że dusi się we własnym życiu. Colette natomiast to postać tragiczna – na początku stajemy po jej stronie, ale w miarę rozwoju opowieści, nasza sympatia gdzieś ucieka. Nie sposób uciec przed myślą, że niektórzy ludzie urodzili się już nieszczęśliwi i nic tego nie zmieni. Ważna jest też postać Dolores Mullen, która jest w ciąży z czwartym dzieckiem i żyje z niewiernym mężem.

Trzecim bohaterem jest całe miasteczko – miejsce, ale też jego mieszkańcy. Każdy z nich pełni w tej historii ważną rolę, nawet jeśli będzie nam się wydawać, że jest mało znacząca. Za pomocą bohaterów drugoplanowych autor pokazuje nam, co to znaczy żyć w 1994 roku w małym miasteczku w Irlandii. W miejscu, gdzie sąsiedzi wiedzą o sobie wszystko, gdzie nie wolno się wychylać i gdzie nie ma miejsca na żaden bunt czy inność. Żona należy do męża, każdy chodzi co niedziela do kościoła, mężczyzna ma utrzymywać rodzinę i nieważne jest, że przy okazji ją leje. 

Ale to nie wszystko – czwarty bohater jest bardziej nieuchwytny. To jest to uczucie, kiedy czytacie o przemocowych domach. Kiedy macie ochotę krzyczeć do bohaterki “uciekaj”. Kiedy widzisz, że nie ma żadnej drogi ratunku. I kiedy to, co miało być wolnością i dobrym wyborem, jedynym słusznym, okazuje się być fikcją. Autor stawia pytania (a może to my stawiamy je sobie sami) o wybory życiowe, o to, co ważne w życiu i o to, czy istnieje jedna dobra odpowiedź. To taka książka, w której nie ma dobrego zakończenia i czujemy to już od samego początku. Dla mnie najbardziej fascynująca była zmiana bohaterek i ich przejście – Izzy stała się na końcu Colette, a Colette Izzy. Ale co dokładnie mam na myśli mogę wyjaśnić tylko osobie, która sama przeczyta książkę – bo reszta byłaby zbyt dużym spoilerem.

Więc jeśli lubicie ciasne, dusze, małe społeczności, w którym pozornie nic się nie dzieje, ale pod spodem aż wrze od emocji, jeśli lubicie silne postacie kobiece, klimat Irlandii – to zakochacie się w tym debiucie. A na zachęte jeszcze dodam, że Gillian Anderson kupiła prawa do powieści i będzie film!