Potrzeba człowieka, aby poprzez kult drzewa porządkować swój świat i poszukiwać w nim pierwiastka boskiego, jest bardzo uniwersalna i sięga początków kultur ludzkich.
Idaliana Kaczor
Uwielbiam książki, które mnie zaskakują. Staram się zwykle nie oczekiwać zbyt wiele, bo wtedy istnieje większe prawdopodobieństwo, że człowiek się rozczaruje, że coś będzie nie po jego myśli, albo inaczej niż sobie wyobraził. Czasami zdarzają się książki na pierwszy rzut oka oczywiste, a potem nagle następuje wielkie zaskoczenie – i zachwyt. I ja tak miałam teraz z książką Szafran, mastyks i figa. Greckimi drogami. Pierwsza myśl – gość lubi Grecję, pisze o niej blog, wydał książkę, fajnie, poczytam sobie, będzie miło, akurat idealnie na wakacje…I to wszystko zgadza się, nawet bardzo, ale ta książka jest tak bardzo, bardzo czymś więcej!
Pierwsze „więcej” to to, że jest napisana przez Tomasza Piotra Kozłowskiego, biologa i przyrodnika. I to jest kluczowe – bo to nie są wspomnienia z greckich wakacji, a absolutnie genialna 400-stronicowa podróż przez historię i przyrodę Grecji. Głównym tematem są tu rośliny – te dobrze nam znane jak oliwki, tytułowy szafran, winorośle czy figa, ale również takie nieoczywiste – kawa, kasztanowce czy morwa. Jestem pod olbrzymim wrażeniem tego, jak autor przedstawił nam swoją Grecję, łącząc tak wiele wątków. Podam wam przykład – weźmy rozdział o morwie. Znajdziemy tutaj starożytne Chiny, współczesne greckie miasta, w których produkuje się jedwab, historię morwy i jej użytkowania, greckie mity, mnichów przemycających larwy jedwabników w wydrążonych laskach, proces powstawania jedwabiu, przydomowe chowy jedwabników, specjalne budowle, zarazę i ratowanie tradycji, a między wierszami jeszcze trochę historii. Nieźle, co? A wszystko czyta się znakomicie, płynne, tak, że nie można się oderwać! I to jest drugie „więcej” – to książka o Grecji, jakiej wcześniej nigdy nie czytaliście, jestem tego pewna!
Nazywany czarnym złotem. Od tysiącleci opiewany, pożądany w kuchni, w apteczce, ale i w garderobie kolejnych cywilizacji. Szafran uprawny. Zadziwiająca roślina, która może istnieć tylko dzięki człowiekowi. Najdroższa przyprawa świata. Lek i dodatek do perfum. Barwnik drogocennych, często rytualnych szat, nadający im kolor żółty, złocisty. Jeden z pigmentów stosowanych w bizantyjskim ikonopisarstwie. W języku greckim do dziś najczęściej określane starożytnym słowem krokos. Przejęte przez łacinę, zmieniało się w Crocus, botaniczną nazwę roślin uprawnych oraz dzikich szafranów porastających tak hale Karpat, jak i gór Hellady.
Ta część przyrodnicza jest zachwycająca. Z jednej strony mamy osobiste wspomnienia autora z podróży, relacje z miejsc współczesnych, które możemy sobie wynotować i sami tam pojechać. Z drugiej strony – znajduje się tu naprawdę ogromna ilość ciekawostek! I z premedytacją piszę „ilość”, a nie „liczba”, bo mam wrażenie, że nie da się ich policzyć. Autor płynnie przechodzi od współczesności do historii, od wojen do kuchni, od mitów do dzisiejszych tradycji. Pokazuje, że to wszystko się łączy, jedno wynika z drugiego, a przy tym znajduje naprawdę fajne rzeczy. Skąd się wzięło słowo marmolada, że w Grecji rośnie dziko aż ok. 5,8 tysiąca gatunków roślin naczyniowych, a krajowa flora to również niemal 1,3 tysiąca gatunków endemicznych (dla porównania w Polsce rośnie zaledwie około 30 gatunków endemicznych) i co bazylia ma wspólnego z chrześcijaństwem. Wiele rzeczy sprawdzałam i rozszerzałam sobie w trakcie lektury, oj wiele.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kolejne „więcej”. Grecja to kolebka naszej cywilizacji – to bardzo ciekawa możliwość, żeby zajrzeć do jej historii, ale właśnie od tej roślinnej strony. Nie ma tu list nazwisk dowódców, nie ma wielkich wojen, nie ma takiego oblicza Grecji, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Jest za to świat ludzi, którzy od zawsze szanowali przyrodę, którzy czcili drzewa, uczyli się wykorzystywać owoce natury i zwracali dużą uwagę na to, co ich otacza. To coś, o czym mam wrażenie my dzisiaj zapomnieliśmy, a co z pewnością powinniśmy przywrócić.
I pod tym względem ta książka jest przepiękna – pokaże wam świat, do którego tęsknicie, a nawet o tym nie wiecie. Lektura obowiązkowa przed wyjazdem do Grecji, nawet takim typowo turystycznym, na chwilę! Kozłowski w tej książce daje wam wspaniałe narzędzia, dzięki którym poznacie grecki świat i docenicie go dużo bardziej, jak już będzie na wyciągnięcie ręki. Do tego muszę to wspomnieć – jest pięknie wydana! Wydawnictwo Powergraph wykonało tu kawał świetnej roboty – twarda okładka, kolorowe ilustracje Jana Kosika, zdjęcia autora i różne ciekawe niespodzianki na stronach. Najsmaczniejsza książka tego roku pod wieloma względami!
Ale żeby nie było tak różowo – ma też minus. Jak ja niby mam teraz żyć w Warszawie, jak nie mogę polecieć do Grecji teraz już natychmiast?
♦



