Historia medycyny dla każdego – chrześcijańska zmyłka

Na palcach jednej ręki (no może dwóch) mogę policzyć krytyczne teksty na tym blogu. Czytam już całkiem długo, umiem wybierać te książki, które powinny mi się podobać i najczęściej się nie mylę. A kiedy jednak zaczynam czytać coś, co mi się nie podoba, porzucam bez sentymentów i nie marnuję czasu na pisanie o takich książkach. Jednak raz na jakiś czas pojawia się książka, która wzbudza we mnie dużo skrajnych emocji i muszę coś o niej napisać. I tak jest właśnie z Historią medycyny dla każdego Zdzisława Gajdy. Z jednej strony widzę jej plusy, z drugiej – to była totalna wpadka.

Najpierw plusy. Jak wiecie, ja historię medycyny uwielbiam i czekałam na taką książkę bardzo! Taką, która zbiera historię medycyny od starożytności aż po czasy współczesne, która opowiada ze szczegółami o lekarzach, sposobach leczenia, tle historycznym, społecznym i gospodarczym. Która przedstawia historię podejścia do medycyny – Gajda opowiada o najbardziej znanych postaciach, ale wyciąga też takie, o których do tej pory nie słyszałam. To bardzo erudycyjna książka, z której można się wiele rzeczy dowiedzieć, do tego jest bardzo bogato ilustrowana i ma ogrom przeróżnych cytatów, dokumentów, fragmentów z innych dzieł literackich dotyczących medycyny. Pod tym względem jest bardzo ciekawa i jej lektura była fascynująca. Dowiedziałam się na przykład tego, że chorobami ludzi pierwotnych zajmuje się paleopatologia i że pierwszym lekarzem w mitologii był Melampus, poznałam pierwszego dentystę, historię chorób zakaźnych w Europie i że do re mi fa sola pochodzi od pierwszych liter pieśni na część św. Jana Chrzciciela. 

Jeśli jesteście świadomymi i krytycznymi czytelnikami i jesteście w stanie wybrać z tekstu to, co dla Was istotne a zignorować całą resztę, to mogę tę książkę polecić. 

Ale tej całej reszty, która mnie zaskoczyła bardzo negatywnie jest całkiem sporo.

To pierwsza książka z historii medycyny jaką przeczytałam, z taką ilością cytatów z Biblii i Jana Pawła II. To pierwsza książka od bardzo dawna, którą czytała na przemian z podniesioną jedną brwią albo ze zmarszczonymi brwiami. Książka, której lekturę musiałam przerywać, żeby się upewnić czy na pewno dobrze rozumiem to, co czytam.

Bo autor rozważa 10 przykazać pod względem medycznym. Na każdym kroku mamy cytaty z Biblii, Jana Pawła II, przeróżne modlitwy i odniesienia do kościoła. Jest cały rozdział o Chrystusie i poważna, historyczna analiza tego jak uzdrawiał. Jest cały rozdział zatytułowany Święci, o których lekarz wiedzieć powinien. Biblia jest opisana jako rzecz chroniąca od depresji, desperacji i samobójstwa oraz jako środek terapeutyczny o wielkich możliwościach. Autor napisał Historia medycyny to historia koncepcji choroby, sposoby ich leczenia i zapobieganie im. To też historia nauczania medycyny. Dlaczego nie miałaby być historią kształcenia osobowości lekarza? Nawet mogłaby być, ale sądząc po tym, co napisał autor dopuszcza on tylko, jedna właściwą, chrześcijańską drogę kształcenia. I to w radykalnym wydaniu, w którym aborcja i eutanazja są morderstwem, praca w niedzielę doprowadzi nas do choroby psychicznej, a wiara nadaje sens cierpieniu. Do tego człowiek musi wierzyć, żeby wyzdrowieć. I z tym akurat się zgodzę – musi wierzyć. Ale nie w Boga, tylko w naukę, w skuteczność leczenia, w wysiłek włożony w pracę itd. 

Kilka dalszych perełek:

– Czy rzeczywiście Biblia może być księgą uzdrawiająca i to zarówno w odniesieniu do jednostek, jak i społeczeństwa? Tak! No jakby nie.

– Gdy przed laty kobiety z trudem zdobywały miejsca na wydziałach lekarskich, starzy eskulapi rozrywali szaty na myśl o “dziwolągi kobiecie lekarzu”. Nie przewidzieli, że tak dobrze spiszą się w pediatrii, ginekologii dziecięcej oraz innych dziedzinach. Bo kobiety, wiadomo, dobrze spisują się tylko w pediatrii i ginekologii. Aha, no i w innych dziedzinach.

– Oparcie medycyny na naukach przyrodniczych stało się źródłem postępu, ale ja “unaukowienie” jest niebezpieczne. Dalej pisze, że medycyna nie jest nauką. Tak, dobrze czytacie. Rozumiem postulat autora, że nie można wprowadzać wszystkiego do tabelek i wykresów, że trzeba podejść do pacjenta jak do człowieka, że trzeba patrzeć szerzej, ale pisanie, że medycyna nie jest nauką wydaje się być co najmniej nieporozumieniem.

Lekarz wierzący, współpracujący z łaską Chrystusa ma większe możliwości dostrzeżenia potrzeb chorych szczególnie w ciężkich sytuacjach i im sprostać. Tego nawet nie skomentuję.

– Pogarda dla ciała i świata jest antychrześcijańska. Trzeba być świadomym że kto niszczy swoje ciało, niszczy zarazem swoje człowieczeństwo. Ale wobec tych nacisków, które współcześnie niesie świat istnieje zagrożenie całkiem przeciwne – służenie ciału. A kto służy swemu ciału wyłącznie, ten też niszczy zarazem swoje człowieczeństwo. Bo wiecie, przyjemności fizyczne są złe, a w historii medycyny chodzi głownie o to, by opowiedzieć o wartościach chrześcijańskich.

Wobec nowej, nieznanej choroby sztuka lekarska była bezradna, a ludzkość bezsilna, jedynie dobra znajomość Pisma Świętego nasuwała rozwiązanie. Oczywiście, Biblia jedynym ratunkiem.

I jest tego naprawdę dużo więcej. Z 480 stron tekstu myślę, że 200 nadaje się do czytania. Te 200 stron to medyczne fakty, ciekawostki i wiedza, którą warto poznać. Reszta to chrześcijańska propaganda w najgorszym, radykalnym wydaniu, która mocno by mnie bawiła, gdyby mnie tak nie przerażała. 

Jednym słowem ta książka to zmyłka, żeby nie napisać oszustwo. To zdecydowanie nie jest historia medycyny dla wszystkich. Bardziej właściwym tytułem byłaby Historia medycyny w ujęciu chrześcijańskim. Osobiście mam z nią ogromny kłopot. Bo tyle bzdur już dawno nie przeczytałam i naprawdę mam niesmak po lekturze (a to zdarza mi się tak bardzo rzadko!) Ale z drugiej strony ma w sobie ciekawe informacje. Ja rzadko jestem radykalna i raczej nie widzę świata w barwach czarno-białych, więc ostatecznie postawię ją u siebie na półce, ignorując bzdury w niej zawarte, a pamiętając fakty, jakie się z niej dowiedziałam. Ale uprzedzam Was, żebyście wiedzieli czego się spodziewać. A jeśli jesteście uczuleni na religię w ogóle, to lepiej się do niej nie zbliżać.

Tak się czułam podczas lektury. Jakby mi ktoś mózg wyjmował z głowy.