Hwang Sok-yong || Tłumaczenie Dominika Chybowska-Jang
“Mater” to skrót na modłę japońską od słowa mountain, które jest określeniem lokomotyw parowych. (…) Kadłub zardzewiałej maszyny to jeden z najbardziej charakterystycznych symboli wojny koreańskiej, pojawiający się w podręcznikach, gazetach i czasopismach, rządowych materiałach promocyjnych, a także na znaczkach pocztowych”.
O Serii z Żurawiem pisałam wam już wielokrotnie – to seria doskonała, w której praktycznie nie ma złych książek. Są za to książki nieoczywiste, inne, odważne, takie, które dadzą wam coś świeżego, wytrącą z utartych schematów czytelniczych. Znajdziecie tu między innymi hiszpański horror o nawiedzonym domu, powieść pisaną z perspektywy osoby, która dopiero uczy się języka czy powieść tybetańską (no sami powiedzcie, ile tybetańskich powieści znacie?) Jest też duża reprezentacja literatury azjatyckiej – i właśnie dzisiaj chcę wam o jednej z nich opowiedzieć. Być może autora już znacie – mogliśmy przeczytać wcześniej trzy jego książki – Znajomy świat, Księżniczka Bari i O zmierzchu. Jest określany jako jeden z najbardziej kontrowersyjnych pisarzy w świecie koreańskim, a jego biografia jest bardzo ciekawa – i daje też pole do rozmowy o tym, jak życie autora i jego doświadczenia przekładają się na literaturę, którą tworzy. Hwang Sok-yong w 1964 roku został aresztowany z powodów politycznych. Brał udział w wojnie z Wietnamem, niechętnie walczył po stronie Amerykanów. Jaka była różnica między pokoleniem mojego ojca, powołanym do japońskiej armii lub zmuszonym służyć panazjatyckim ambicjom Cesarstwa Japonii, a moim, wysłanym do Wietnamu przez Amerykanów, aby ustanowić strefę „Pax Americana” na Dalekim Wschodzie w czasie zimnej wojny? pytał. W Wietnamie był odpowiedzialny za „oczyszczanie”, niszczenie dowodów masowych mordów cywili i grzebanie zmarłych. Makabryczne doświadczenia wywarły wielki wpływ na jego późniejszą karierę literacką.
Dzisiejszy dzień niczym nie różnił się od wczorajszego. Jutro też będzie takie samo. Może zatem udać, że dziś nigdy nie miał miejsca.
Teraz przed wami pojawia się Mater 2-10. Książka, która znalazła się na krótkiej liście Międzynarodowej Nagrody Bookera (2024) – a sam autor jest uważany za najpoważniejszego kandydata Korei do Literackiej Nagrody Nobla. To wszystko brzmi trochę onieśmielająco, prawda? Do tego to prawie 500 stron! Ale jeśli myślicie o tym, żeby jej nie czytać, to na szczęście macie mnie! A ja zamierzam was przekonać, że jednak warto.
Lee Jin-o to bohater, od którego wszystko się zaczyna. Stracił pracę, razem z innymi robotnikami, dlatego prowadzi strajk okupacyjny. Już samo to jest ciekawe, bo strajk polega na mieszkaniu na szczycie nieczynnego komina opuszczonej fabryki. Ale to tylko punkt wyjścia, bo pobyt Lee “nie na ziemi” otwiera drzwi do innej przestrzeni i innego czasu. Odwiedzają go postacie z przeszłości, z jego dzieciństwa, przodkowie, których losy stają się sposobem opowiedzenia historii całego kraju. Nie wiem, jak dobrze znacie historię Korei – ja nie jestem specjalistką w temacie i z tej opowieści dowiedziałam się mnóstwa rzeczy! Powieść obejmuje około 100 lat historii Korei, od japońskiej ery kolonialnej (1910–1945), przez wyzwolenie, wojnę koreańską, aż po początek XXI wieku. Narracja łączy losy robotników przemysłowych w tych okresach. Mamy więc wielkie historyczne wydarzenia, ale opowiedziane z perspektywy zwykłych, małych ludzi, robotników, którzy robią wszystko, by po prostu przetrwać. Jest to doskonale namalowany obraz całego społeczeństwa i jego bogatej, trudnej historii. Znajdziemy tu bohaterów udających, że nic się nie dzieje, stojących z boku i czekających, aż świat się uspokoi. Mamy takich, którzy stoją na pierwszym froncie walk, oni je prowokują i odważnie idą do przodu, nie oglądając się za siebie. To historie o wyborach, konsekwencjach i ponoszeniu odpowiedzialności – nie zawsze za własne czyny. To też historie o losie – czy jest z góry przesądzony? Czy możemy się wyrwać z tego, co los dla nas przyszykował, czy wręcz przeciwnie, stoimy od razu na straconej pozycji? Jak bardzo nasze życie jest zdeterminowane przez rodzinę w której się rodzimy? Powieść jest na wskroś koreańska, ale znajdziemy tam wiele bardzo uniwersalnych pytań.
Coś w tym jednak jest, że są i dobrzy, i źli policjanci. O swoich rolach decydujemy sami, ale wtedy lepiej było dmuchać na zimne. Świat potrafi się w końcu zmienić z dnia na dzień.
A w tym wszystkim jest świat koreański – zwyczaje, tradycje, jedzenie. Relacje rodzinne, spędzanie czasu razem, koreańska kultura, koreańska codzienność. Autor w posłowiu napisał, że chciał przedstawić ludzkie losy w postaci snu. Podszedłem do działalności antyjapońskich związkowców jak do dawnych baśni. Zdarzały się oczywiście pełne powagi fragmenty, ale koniec końców historie z przeszłości mają w zwyczaju odzwierciedlać delikatnie ostre, szczegółowe fakty niczym wyblakłe fotografie czy antyki. I chyba nikt lepiej tej książki nie podsumuje niż sam autor.
Czyta się ją jednocześnie świetnie i trudno. Dla kogoś, kto nie zna w ogóle historii Korei może być wyzwaniem (przynajmniej na początku). Historia odgrywa tutaj ważną rolę, często pierwszoplanową. Dowiecie się z niej naprawdę mnóstwa rzeczy i mam wrażenie, że w tym tkwi jej większa wartość niż np. w przywiązaniu do fikcyjnych postaci czy w rozwiązaniach fabularnych. A jednocześnie – jest świetnie napisana. Płynie się przez nią – od pierwszego zdania o wyznaczeniu toalety jak najdalej od miejsca, w którym śpi aż po ostatnie słowa autora z posłowia. Na pewno ogromna zasługa w tym tłumaczki, Dominiki Chybowskiej-Jang – a co do reszty to muszę zaufać mądrzejszym od siebie, bo przecież nigdy niczego nie przeczytam w oryginale od tego autora.
Jeśli czujecie zmęczenie lekkimi, koreańskimi powieściami o magicznych miejscach i chcielibyście zmierzyć się z czymś poważniejszym, zajrzeć do Korei od kuchni, przyjrzeć się z bliska, zapuścić się na ciemną stronę – to to będzie wasza lektura!


