W swojej literaturze John Ironmonger od lat łączy kameralne, ludzkie historie z wielkimi pytaniami o przyszłość świata – od klimatu, przez solidarność społeczną, aż po granice odpowiedzialności jednostki. W książce „Niedźwiedź i zakład o przyszłość” autor ponownie sięga po charakterystyczny dla siebie zabieg: pozornie prosta opowieść staje się punktem wyjścia do refleksji nad tym, jak bardzo nasze codzienne wybory wpływają na losy planety.
Czy możliwe jest, że jedna historia – i jeden zakład o przyszłość – może zmienić sposób, w jaki myślimy o globalnych kryzysach? O tym, o roli nadziei w czasach niepewności oraz o tym, czy literatura wciąż ma moc zmieniania świata, rozmawiam z autorem.
W książce pada jedno ważne pytanie, od którego chciałabym zacząć naszą rozmowę – czy jesteś pesymistą czy optymistą?
Ach, zapewne wiesz, że odpowiedź Toma na to pytanie brzmi: „We wtorki jestem optymistą, w środy i piątki pesymistą, a przez resztę tygodnia sam nie wiem.” Myślę, że być może ja też tak mam, chociaż im dłużej kryzys klimatyczny pozostaje bez rozwiązania, tym bardziej staję się pesymistą.
Mówisz o tym, że chciałeś napisać książkę o kryzysie klimatycznym – dlaczego?
Myślę, że ważne jest, aby współczesna literatura piękna była zwierciadłem naszego świata i pomagała nam lepiej zobaczyć samych siebie; dlatego zastanawia mnie, dlaczego jako społeczeństwo wciąż nie rozumiemy kryzysu klimatycznego. Widzimy wykresy rosnącego poziomu CO₂, obserwujemy co roku bite rekordy klimatyczne, a mimo to nadal chodzimy na wybory i głosujemy na polityków, którzy zaprzeczają istnieniu problemu. Chciałem, aby ta historia obudziła czytelników i uświadomiła im niezwykłe zagrożenie, z jakim przyszłe pokolenia będą musiały się zmierzyć z powodu naszej krótkowzroczności.
Z wykształcenia jesteś zoologiem – czy to ma wpływ na twoje pisanie? Czy Tom ma coś z ciebie?
Mam nadzieję, że studiowanie świata przyrody dodało nieco barwy mojemu pisaniu. Tom prawdopodobnie jest pewną wersją mojego młodszego „ja” – idealistyczną, pełną opinii i przekonaną o własnej racji. Zawsze zamierzałem, by Monty był czarnym charakterem, ale w miarę rozwoju książki odkryłem, że żaden z nich nie jest naprawdę zły ani całkowicie dobry. Być może więc w obu jest coś ze mnie.
Niedźwiedź i zakład o przyszłość to epicka historia, dziejąca się na przestrzeni 80 lat. Czy to długo czy krótko? Nie chciałeś, żeby to było symboliczne 100 lat? Albo dłużej?
Być może największym wyzwaniem dla pisarza, który chce zmierzyć się z tematem kryzysu klimatycznego, jest jego powolny przebieg. Nie zauważamy zmian z roku na rok, ale w skali całego życia ulegają one ogromnemu nasileniu i stają się dramatyczne. To trudne dla opowiadania historii. Potrzebujemy bohatera, z którym czytelnicy mogą się utożsamić; ta postać musi przejść pewną drogę, a ludzkie dramaty są zazwyczaj zbyt krótkie, by zmiany klimatyczne mogły w nich wyraźnie zaistnieć.
Dlatego od początku wiedziałem, że musi to być opowieść rozciągnięta na całe życie, a zakład dał mi ten punkt zaczepienia, dzięki któremu możemy śledzić losy Toma i Monty’ego (oraz planety) na przestrzeni lat. Masz rację — 100 lat byłoby satysfakcjonującą, symboliczną skalą czasu, ale przecież nikt z nas nie dożywa 120 lat. Dlatego 80 lat musiało wystarczyć.
Nie korciło Cię, żeby namalować obraz Ziemi za 200, 300 lat? Może następna powieść będzie już nie o zmianach klimatu, a o świecie apokaliptycznym?
Tak się składa, że mam nowelę zatytułowaną The Year of the Dugong, która robi dokładnie to, co sugerujesz. Może uda mi się przekonać znakomitych ludzi z Relacji, żeby wydali jej polskojęzyczną wersję.
Mam nadzieję, bo to brzmi bardzo intersująco! Skąd wziął się pomysł na historię opisaną w „Niedźwiedziu i zakładzie o przyszłość”? Czy coś z prawdziwego życia cię zainspirowało?
Zazwyczaj mam trudność z odpowiedzią na to pytanie, ponieważ pomysły na historie są ulotne i pojawiają się bardzo często — ale w przypadku „Niedźwiedzia” odpowiedź znam całkiem dobrze.
To wspaniale! Wiem, że to pytanie jest jednym z najczęstszych i najbardziej banalnych, jakie pisarz słyszą – a jednocześnie jednym z tych trudnych. Więc jak to było?
Pewnego wieczoru, przy curry, w mieście Carlisle na północy Anglii powiedziałem mojemu dość genialnemu agentowi, „Stanowi”, że chciałbym napisać powieść o kryzysie klimatycznym. Następnego dnia Stan wysłał mi e-mail z pomysłem na historię o górze lodowej, która spływa z Grenlandii i powoduje zagrożenie środowiskowe. Cóż, to nie był szczególnie dobry pomysł, ale nie wypada ignorować propozycji własnego agenta.
Usiadłem więc i napisałem pierwszy rozdział, tylko po to, żeby go zadowolić — a potem, jak to zwykle bywa, pojawił się drugi, potem trzeci, i to jest dokładnie ten moment, w którym większość powieści albo nabiera rozpędu, albo się wykoleja. Rzadko piszę z jasno określoną fabułą w głowie. Podobnie jak Lawrence Sterne, piszę pierwsze zdanie i „resztę powierzam Wszechmogącemu Bogu”. Czasami to działa. Częściej nie.
Ale pomysł zakładu był zbyt pociągający, żeby go porzucić, a bohaterowie już zaczęli żyć własnym życiem i historia nie chciała mnie puścić. Wiedziałem, że góra lodowa musi się jakoś pojawić, i dostrzegłem potencjał narracyjny w uwięzieniu dwóch skonfliktowanych bohaterów na górze lodowej, gdzie będą musieli współpracować albo zginąć. I to właściwie wystarczyło. Pozostało tylko znaleźć sposób, by sprowadzić Toma i Monty’ego na Grenlandię.
Czy podczas pisania powieści wybrałeś się na Grendlandię?
Tak, byłem na Grenlandii w 2022 roku razem z moim synem Jonem. Pojechaliśmy zobaczyć cofający się lodowiec i przejść się po pokrywie lodowej. Była to dla mnie bardzo poruszająca wizyta. W książce pojawia się postać, która stara się przyciągnąć turystów do odwiedzania Grenlandii — i całkowicie to popieram. To miejsce jest wspaniałe, budzące respekt i potrafi zmienić sposób, w jaki patrzy się na świat.
Jakie emocje chciałbyś wywołać u czytelników?
Chciałbym, aby czytelnicy zaangażowali się w tematy poruszane w książce — a to oznacza, że czasami pojawi się smutek, a innym razem radość. Przede wszystkim jednak mam nadzieję, że książka skłoni ludzi do głębszego zastanowienia się nad naszą planetą i nad szkodami, jakie jej wyrządzamy.
Czy uważasz, że literatura może realnie wpływać na sposób myślenia o przyszłości?
Sztuka, literatura i poezja są fundamentalne dla sposobu, w jaki myślimy o teraźniejszości i przyszłości. Bez opowieści niewiele ma sens. Nic w naszym świecie nie jest niezmienne. Nasze systemy rządów, instytucje, prawa — wszystko to może się zmienić, często pod wpływem kaprysu jednego człowieka (i zazwyczaj jest to mężczyzna).
Dlatego uważam, że nasze poczucie trwałości jest właśnie tym — złudzeniem. Moja rodzina zorganizowała w 1992 roku przyjęcie, aby uczcić wejście Wielkiej Brytanii do Europy. Nigdy nie przypuszczałem, że pewnego dnia zobaczę, jak te swobody zostają odebrane. Wszyscy patrzymy z niedowierzaniem, jak niezrównoważony narcyz demontuje jedne z najbardziej cenionych ideałów i konstytucyjnych tradycji w USA. Widzieliśmy, jak dzieje się to w Rosji i w innych miejscach.
Jedyną rzeczą, której możemy być pewni, jest to, że świat za sto lat nie będzie przypominał dzisiejszego — ani pod względem polityki, ani technologii, ani klimatu. Dlatego mam słabość do historii, które zmuszają nas do konfrontacji z tą nieuchronną zmianą. Jeśli nie potrafimy jej sobie wyobrazić, nie możemy próbować jej zapobiec — o ile w ogóle tego chcemy.
Pisarz ma dziś obowiązek zajmować stanowisko w sprawach klimatycznych?
Myślę, że fikcja klimatyczna nie powinna być postrzegana jako osobny gatunek — jak science fiction, fantasy czy kryminał. Zamiast tego mam nadzieję, że autorzy współczesnych opowieści będą wplatać klimat w swoje historie. Nie musi on być siłą napędową fabuły. Ale powinniśmy przynajmniej uznać jego obecność w tle — zwłaszcza w literaturze, która wybiega choć trochę w przyszłość.
Jeśli zignorujemy to, co dzieje się z naszą planetą, nasza fikcja stanie się w ciągu kilku dekad nieaktualna. Nie potrzebujemy koniecznie bohaterów, którzy uratują planetę. Nie potrzebujemy apokalipsy. Ale potrzebujemy sytuacji, które uwzględniają społeczne zakłócenia i zmiany, jakie nadchodzą.
Co było największym wyzwaniem podczas pracy nad tą książką?
Dla mnie największym wyzwaniem jest zawsze moja własna koncentracja. Zbyt łatwo się rozpraszam. Zawsze jest zbyt wiele rzeczy do zrobienia i za mało czasu na pisanie. Za każdym razem zadziwia mnie moment, kiedy w końcu kończę książkę. Tak naprawdę nigdy do końca nie wierzę, że to w ogóle się uda.
Gdybyś miał streścić przesłanie książki w jednym zdaniu, jak by ono brzmiało?
Nasz świat nieodwracalnie zmieni się w ciągu najbliższych stu lat, jeśli nie zaczniemy działać teraz.
Czy wyobrażenie końca czegoś (np. ekosystemów, stylu życia) jest dla Ciebie bardziej twórcze czy paraliżujące?
Cóż, z pewnością nie jest to paraliżujące, choć może być trochę przygnębiające. Więc chyba można powiedzieć, że w pewnym sensie jest to inspirujące.
Konsultowałeś się z naukowcami podczas pisania?
Mam nadzieję, że nauka w książce jest całkowicie prawdziwa. Byłbym zażenowany, gdybym odkrył, że tak nie jest. Obawiam się, że nie konsultowałem się z nikim w tej sprawie, ale dużo czytałem na ten temat.
Czy Twoi bohaterowie mają moment, w którym orientują się, że żyją już w „innym świecie”, niż ten, o który się zakładali?
Co za interesujące pytanie! W przypadku Monty’ego, który zaczyna jako negacjonista klimatyczny, w Grenlandii następuje moment, w którym zaczyna patrzeć na świat zupełnie nowymi oczami. To kluczowy moment w historii.”
Czy w dzisiejszym świecie program klimatyczny 1820 jest możliwy, o którym piszesz w książce? Świetny pomysł tak w ogóle!
Jeśli ktoś chciałby uruchomić taki program, popierałbym to całym sercem. Musiałby być ukierunkowany na wzmacnianie społeczności — zarówno małych, jak i dużych — w celu przywracania lokalnego środowiska naturalnego. Uważam, że rozwiązanie kryzysu klimatycznego będzie wymagało niewielkiej liczby dużych, odważnych działań, które mogą podjąć tylko rządy i biznes, oraz miliarda małych działań podejmowanych przez społeczności, sąsiedztwa, miasta i państwa. Mam nadzieję, że ten przekaz wybrzmi w tej historii. Mam nadzieję, że powstanie coś takiego jak Projekt 1820.
Myślisz, że zwierzęta wiedzą, co się dzieje? W kontekście zmian klimatycznych?
Nie. Każde pokolenie zwierząt — tak jak każde pokolenie ludzi — akceptuje świat, w którym się rodzi, i stara się z niego jak najlepiej korzystać. Zwierzęta są niewinnymi i nieświadomymi ofiarami kryzysu. Nie potrafią go zrozumieć. Dlatego właśnie tak ważne jest, żebyśmy to my go rozumieli.
Jakie zwierzę Twoim zdaniem najlepiej „opowiada” dzisiejszą zmianę klimatu — i dlaczego właśnie ono?
Kiedy zacząłem jeździć samochodem, pięćdziesiąt lat temu, co kilka dni musiałem czyścić przednią szybę z martwych owadów. Każdy w moim wieku to pamięta. Dziś już tego nie robię. Owady zniknęły. Liczba latających owadów w Europie spadła w tym stuleciu o 75%. Klimat nie zawsze jest główną przyczyną, ale jest częścią problemu. A wraz z zanikaniem owadów znikają też ptaki żywiące się owadami oraz nietoperze. Liczba stworzeń rozkładających glebę oraz owadów zapylających uprawy spadła niemal o połowę. Skutki mogą być katastrofalne. A jednak większość ludzi prawdopodobnie przyjęłaby spadek liczby owadów z zadowoleniem. Niewielu ludzi kibicowałoby osom, pająkom czy chrząszczom. Dlatego powiedziałbym, że bezkręgowce są dobrym przykładem tego, jak zmienia się nasz świat i jak łatwo decydujemy się to ignorować.
Jaką jedną rzecz o zwierzętach i klimacie najtrudniej jest opowiedzieć słowami?
Tak trudno jest nam naprawdę myśleć o przyszłości. Z przyjemnością studiujemy historię starożytnego Rzymu sprzed dwóch tysięcy lat, a jednocześnie z trudem wyobrażamy sobie świat za dwa tysiące lat. Literatura piękna nie była tu szczególnie pomocna. Pisarze sprzedawali nam albo pustynne dystopie w stylu „Mad Maxa”, albo niemożliwe opowieści o statkach kosmicznych zabierających ocalałych na nowe, zielone planety. Brakuje nam realnych historii ze świata, które pomogłyby nam wyobrazić sobie rodzaj Ziemi, który sami tworzymy. I to jest szkoda, bo wyobraźnia jest tym, czego potrzebujemy teraz bardziej niż kiedykolwiek.
Czy Niedźwiedź zmienił coś w Tobie? I jaki wpływ chciałbyś, żeby miał na czytelników?
Mam nadzieję, że każdy, kto przeczyta tę historię, zrozumie, że wszyscy musimy teraz być aktywistami. Nie mamy czasu do stracenia.
No dobrze – czy zakładałeś się kiedyś z kimś o coś na taką skalę, jaką robią to bohaterowie?
Ha ha – na szczęście nie. Jestem zbyt ostrożny, żeby robić zakłady.
Chciałbyś, żeby zekranizowano Twoje powieści? Bo ja widzę tu ogromny potencjał!
Oczywiście, bardzo bym tego chciał! Jeśli jacykolwiek producenci filmowi to czytają — chodźmy na lunch!
Do książki powstał fantastyczny trailer – opowiedz nam trochę o tym!
Ha ha – podejrzewam, że masz na myśli krótki wpis w internecie, w którym wchodzę w pełnym ubraniu do morza. To był pomysł mojego syna i to on filmował mnie, jak robię to w bardzo zimny lutowy dzień na północy Anglii. Morze było naprawdę zimne. Zrobiliśmy tylko jedno podejście. Bardzo się cieszę, że się udało.
Polecam wszystkim obejrzenie i docenienie poświęcenia! A czy możesz zdradzić, nad czym pracujesz teraz?
Ja zawsze coś piszę. Jesienią ukaże się moja powieść, która zostanie opublikowana po angielsku i niemiecku i mam nadzieję, że wkrótce pojawi się także wersja polska. Niewiele mogę zdradzić, poza tym, że będzie to powrót do St Piran i pojawią się w niej kłusownicy trofeów oraz bardzo żywiołowa grupa szympansów! Wypatrujcie jej.
Zapowiada się świetnie! Bardzo dziękuję za rozmowę!





