
Co trzeba robić, kiedy jest się u kogoś w gościach, a ogród gospodarzy zaczyna znikać?
Do tej książki moje ścieżki z Davidem Mitchellem nie przecięły się. To znaczy przecięły, ale pośrednio, a wrażenie chyba nie było zbyt korzystne. A to za sprawą ekranizacji Atlasu chmur (przykład obejrzanego filmu i nie przeczytanej książki), która wydała mi się zbyt długa, zbyt pokręcona, zbyt niezrozumiała. To było dawno temu i jestem ciekawa, jakie jest Wasze zdanie o tej książce – warto przeczytać? Atlas chmur i Czasomierze to dwie chyba najbardziej znane powieści tego autora u nas. Ja trochę z przekory, a trochę z ciekawości zaczęłam go czytać od jego ostatniej powieści, czyli właśnie Slade house. I powiem Wam, że nabrałam ochoty na resztę!
Slade house to powieść niedługa, w sam raz na jeden wieczór. Ta krótka książka (raptem niecałe 200 stron) jest wręcz cała zbudowana z uczucia niepokoju i klimatu grozy. Tytuł brzmi tajemniczo i właśnie niepokojąco, a minimalistyczna, ale mocna okładka podtrzymuje te wrażenia. Lekturę więc zaczynamy z oczekiwaniem na coś, co ma się stać. Na coś, czego jeszcze nie znamy i o czym nie wiemy, ale czujemy, że nie będzie to przyjemne ani dobre. Autor opowiada nam historie kilku osób, dla których wspólnym elementem jest wizyta w pewnym domu. Czy to opowieść o tych ludziach? A może o domu i jego mieszkańcach? Chyba można powiedzieć, że Mitchellowi udało się zawrzeć obydwa te elementy. Myślę, że Slade House robi takie wrażenie właśnie dzięki minimalizmowi i oszczędności słów. W tej książce znajduje się wszystko to, co jest potrzebne, i ani słowa więcej. Autor zdaje się doskonale rozumieć zasadę im mniej tym więcej i jej fenomenalne działanie w tego typu opowieściach. Nasza wyobraźnia podczas lektury pracuje na pełnych obrotach. Pod koniec jednak pojawia się element, który trochę zepsuł mi odbiór całości. Kiedy następuje moment odsłonięcia kart i wyjaśnienia czytelnikowi, o co tak naprawdę chodzi i o czym jest ta historia, Mitchell idzie na łatwiznę, wkładając odpowiednie kwestie w usta swoich bohaterów. Nie wydaje mi się to zbyt prawdziwie (to taka sama sytuacja, kiedy w filmach i kryminałach morderca zawsze spowiada się w ostatniej scenie ze swoich motywów i wyjaśnia wszystkie zagadki, by dać czas na dojechanie policji tudzież na uwolnienie się bohatera), bo w końcu kto wyjaśnia cokolwiek komuś, kto to już wie? Raczej tego nie robimy. Oczywiście, autor jest zobowiązany do wyjaśnienia, ale można to było zrobić inaczej, mniej łopatologicznie. Niemniej to jedyny zgrzyt jaki powstał podczas lektury.
Książka przypomina w strukturze dawne powieści grozy. Nie wiem, czy był to świadomy zabieg autora, ale wyszło mu to znakomicie. Tak jak one, Slade House kusi czytelnika, zaprasza go do swojego świata, a kiedy pozory normalności powoli opadną, zaczyna się lęk. Taki, który jest najgorszy, bo nie wiadomo, czego się bać. Czytelnik, wkraczając do Slade House od samego początku zaczyna szukać wskazówek, podejrzanych wydarzeń, czegoś, co zapowie nadejście zła. Ogląda się za siebie na każdym kroku, wszystko wydaje się być złowrogie i podejrzane. Ale tak jak bohaterowie, tak i czytelnik nie zorientuje się w porę… W tym kontekście bardzo spodobał mi się rys psychologiczny postaci i to, co można z niego wyczytać. Obraz racjonalizowania sobie rzeczy jest piękny. Kiedy zdarza się coś, co wzbudza w nas lęk, ale wydaje się być nieprawdziwe, bardzo dobrze jesteśmy sobie w stanie wytłumaczyć, że nasze uczucie strachu jest bez sensu, całkowicie irracjonalne. A że nie lubimy irracjonalnych rzeczy, ignorujemy je. Przecież wszyscy wiemy, że duchów nie ma, ogrody nie znikają, a przed mordercami zawsze trzeba uciekać do piwnicy.
Jednym słowem – polecam. Jeśli macie chwilowo dość kryminałów, historii o mordercach i dochodzeniach, lejącej się krwi i nadmiaru bodźców, zróbcie sobie tę przyjemność i przeczytajcie Slade House. To groza w najlepszej postaci, tej oddziałującej bezpośrednio na umysł czytelnika. Tej, która straszy nie tym, co widać i co można nazwać, ale tym, co niewypowiedziane.
♦
O książce przeczytacie jeszcze:
◊ Na Wełniastym podejściu do literatury czyli Owcy z książką
♦
Książkę miałam przyjemność przeczytać w ramach współpracy z
♦
Nie czytałam jeszcze nic Mitchella i nie jestem pewna, od którego tytułu zacząć swoją przygodę z nim. W każdym razie jestem pewna, że po “Slade house” w końcu sięgnę, bardzo lubię dobre powieści grozy 🙂
Ja się czaję w końcu na ten “Atlas chmur” i “Czasomierze”, ale może w przyszłym życiu mi się to uda 😉
Haha, każdy z nas, książkoholików, potrzebuje drugiego życia na przeczytanie tych wszystkich książek 😉
Przeczytanie Atlasu Chmur pozwala zrozumieć o co chodziło w Filmie Wachowskich i nawet dobrze się ją czytało. Zawiodla mnie natomiast następna ksiązka Mitchella którą czytałem “Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” – przez co nie wiem czy jeszcze wrócę do twórczości autora
Czeka, czeka. Chwilowo zaginął w kartonach przed-regałowo-montażowo. Ale czeka jeszcze “Tysiąc jesieni…”. Mitchella lubię bardzo i mam zamiar z czasem wszystko przeczytać.