
Jutro, kiedy wjedziemy do Lhasy, odkryjemy ostatnią tajemnicę Wschodu. Nie ma więcej zakazanych miast, które nie zostały opisane na mapach ani sfotografowane. Nasze dziedzi będą się śmiać z naszych opowieści z podróży. Im będzie musiał wystarczyć Guliwer i Harun ar-Raszid. I wkrótce się nimi znudzą. Ponieważ teraz nie ma już prawdziwych tajemnic, nie ma nieodkrytych lądów, gdzie wciąż mogą żyć dżiny w butelkach i mahatmani, więc tego rodzaju literatura przestanie być interesująca. Dzieci zrobią się sceptyczne, pozbawione wyobraźni i rozczarowane, baśnie przestaną się sprzedawać. Ale my jesteśmy dziećmi. Dlaczegoż by nie zostawić co najmniej jednego zakazanego miasta?
Edmund Candler, The Unveiling of Lhasa
Na początku czerwca 2016 roku Wydawnictwo Poznańskie ruszyło z nową, reporterską serią. Polecam, bo reportażu nigdy za dużo. Ja już z niecierpliwością czekam na kolejne tytuły, które ukażą się w serii (a jest na co czekać!). Podoba mi się dobór tematów, podoba mi się pomysł wspólnych elementów na okładkach i pozostaje tylko trzymać kciuki, żeby seria rosła w siłę 🙂 Kiedy pojawił się temat górski, nie mogłam przejść obojętnie i oto są. Kilka myśli na temat Morderstwa w Himalajach.
Jonathan Green to dziennikarz, który pisze głównie o prawach człowieka (o dżihadystycznej policji w Sudanie, handlu kokainą, korupcji w Kazachstanie, niszczeniu lasów deszczowych na borneo, łamaniu praw człowieka w kopalniach złowa w Afryce Zachodniej). Morderstwo w Himalajach to jego pierwsza książka, oparta o artykuł, który napisał dla Men’s Journal. Powiedzieć jednak, że to górska książka, to mijanie się trochę z prawdą. Tłem do wydarzeń wprawdzie jest Tybet, dach świata, Kraina Śniegu, najwyższy region na świecie – i oczywiście góry, szczyty, które dla wielu stanowią cały sens życia. Ale nie jest to opowieść o wspinaczce. A przynajmniej nie taka, jakiej spodziewalibyście się po typowej górskiej książce.
Na przełęczach w Wysokich Himalajach nie istnieje coś takiego jak prawo i moralność.
Bo we wrześniu 2006 roku dwa światy, które do tej pory istniały obok siebie, koegzystując i starając się nie wchodzić sobie w drogę, zderzyły się. Zderzenie byo na tyle mocne, by zainteresować cały świat, ale chyba na tyle małe, by to zainteresowanie utrzymać. Pierwszy świat to świat tybetański – sytuacja tybetańczyków pod okupacją chińską, nasza niewiedza na ten temat i ignorowanie łamania najbardziej podstawowych praw człowieka (We wsi Doi (…) doszło do zbiorowej egzekucji – strzałem w plecy zabito 300 właścicieli ziemskich. (…) Tybetańczyków zabijano ciągnąc ich za pędzącymi końmi lub zrzucano z samolotów. Dzieci zmuszano do strzelania do rodziców. Mnichów i mniszki poddawano torturom i krzyżowano. Opaci musieli zjadać własne odchody. (…) Niektórzy rzucali się w nurt rzeki na pewną śmierć, żeby uniknąć denuncjacji Dalajlamy.) Walka Tybetańczyków o własną kulturę, o przetrwanie, próby ucieczek i nielegalne przekraczanie granic, które zawsze jest trudne i ryzykowne, ale kiedy dzieje się w Himalajach, nabiera dodatkowego wymiaru niebezpieczeństwa i ryzyka. (Mam taką irracjonalną myśl, że jeśli przeprowadzić uliczną sondę, to głównym skojarzeniem na pytanie o Tybet będzie Brad Pitt i jego siedem lat w Tybecie). Drugi świat to świat wspinaczki wysokogórskiej. Wspinacze są wszędzie tam, gdzie są szczyty, a szczyty leżą w granicach konkretnych państw. Niesie to ze sobą konsekwencje, których na ogół sobie nie uświadamiamy.
We wrześniu 2006 roku grupa 75 Tybetańczyków próbowała przekroczyć granicę z Nepalem. Zostali dostrzerzeni przez chińskich żołnierzy, którzy zaczęli do nich strzelać. Zginęły dwie osoby, jedną z nich była 17-letnia mniszka Kelsang Namtso, która stała się symbolem walki o wyzwolenie. To, co różniło tę sytuację od (pewnie) wielu innych było to, że akurat tę widzieli zachodni wspinacze zgromadzeni pod Cho Oyo. Stu ludzi było świadkami morderstwa, gdy w biały dzień zaczęto strzelać do nieuzbrojonych kobiet i dzieci. To, co działo się później, zdecydowanie wykracza poza zwykłą górską literaturę.
Wieści o zdarzeniu docierające na zewnątrz mogły popsuć układy biznesowe.
W tej książce w wyjątkowy sposób mieszają się ze sobą cztery światy. Świat zepsutego zachodu i wspinaczki, świat komunistycznych Chin, świat magicznego i tradycyjnego Tybetu i świat legend i wierzeń, bo nie da się pisać o Tybecie, nie wspominając o tym. Jonathan Green wykonał znakomitą dziennikarską robotę, łącząc je wszystkie ze sobą i sprawiając, że (przynajmniej na kartach tej książki) stanowią jedno. Dowiadujemy się mnóstwo rzeczy na temat okupacji Tybetu i jest nam głupio, że nie wiedzieliśmy tego do tej pory. Poznajemy szczegóły przeprowadzania uciekinierów przez góry, całą machinę logistyczną, kto to robi, kto decyduje się na ucieczkę i z jakich powodów. Czytamy o wspinaczce z zupełnie nowej perspektywy. Zazwyczaj czytamy o biografiach wspinaczy i ich osiągnięciach, o organizowaniu wypraw, o życiu w obozach i zdobywaniu szczytów. Tutaj autor zdecydowanie podkreśla powiązanie gór z polityką, to, że każda góra leży na terenie jakiegoś państwa i że stosunki z tym państwem mogą albo umożliwić albo uniemożliwć zdobycie szczytu. Uświadomienie sobie tego, że zdobycie szczytu wymaga najpierw pozwolenia na wejście na górę, co wiąże się ściśle z polityką, dla mnie osobiście było niesamowite. Niby przeczytałam wiele górskich książek, niby wiedziałam, że są pozwolenia, ale nigdy nie przyglądałam się temu bardziej szczegółowo. A już na pewno nie przez pryzmat polityki i sytuacji politycznej na świecie. Warto przeczytać tę książkę choćby po to. Autor przedstawia nam ludzi, których chcemy poznać bliżej, których chcemy zrozumieć, i ze strony Tybetańczyków, i ze strony wspinaczy. Poznajemy komercyjny aspekt wspinania, czyli wprowadzanie klientów na szczyt przez tych z wielkim ego, które swym blaskiem zaczęło przyćmiewać same góry.
Każdego roku Everest zdobywało coraz więcej osób, wspinacze próbowali przebić jeden drugiego ciężkimi doświadczeniami życiowymi, żeby tylko zdobyć kontrakt na wydanie książki i serię wykładów. Oprócz niewidomego Erika Weihenmayera był również 71-letni mężczyzna, następnie 76-letni, atak szczytowy w wykonaniu głuchoniemego, człowieka po amputacji obu kończyń, jednej kończyny i wielu innych z różnymi niepełnosprawnościami.
Morderstwo w Himalajach to doskonała lektura, pełna emocji, które zostaną w Was na długo po skończeniu książki. Dodatkowo Jonathan Green nie szczędzi nam szczegółów, które sprawiają, że wszystko to, o czym pisze mamy przed oczami – koloru nieba czy ubrania, siły wiatru, myśli bohatera, jego emocji. Nie zmienimy tego, co się wydarzyło. Możemy jedynie o tym pisać, mówić i pamiętać, by nawet najbardziej niezrozumiała rzecz miała jakiś sens. To zderzenie tak różnych światów pozostawia po sobie niepokój. Czy wszystko byłoby w porządku, gdyby zachodni wspinacze nie widzieli strzelaniny? Czy wtedy bylibyśmy usprawiedliwieni? Czy jeśli czegoś nie widzimy, mamy prawo udawać, że to nie istnieje? Reportaż Greena wywołuje pytania, które uderzają bezpośrednio w środowisko wspinaczy (ale tak naprawdę uderzają w człowieczeństwo – wspinacze to tylko grupa reprezentatywna, bo wszystko wydarzyło się na ich terenach) – co czuje człowiek, który stoi i patrzy, jak do kogoś strzelają? Kiedy podejmuje się decyzję, że nic nie widziałem, ze strachu, że za rok mnie nie wpuszczą na szczyt? Co jest ważniejsze – prawda czy zdobyty szczyt? I co ma większe znaczenie. Tak naprawdę? Bo przecież Chiny uprawiają swój proceder cały czas, to, że ktoś to widział, nic nie zmienia, a dla konkretnego wspinacza może to być jedyna szansa w życiu. W końcu cóż może jeden człowiek?
Sergiu Matei, rumuński operator, który nagrał strzelaninę i dzięki niemu dowiedział się o niej cały świat, mówi jasno: Wolność znaczy dla mnie coś innego, niż dla kogoś wychowanego w wolnym kraju. Wiem ile kosztuje. Czy żeby wiedzieć, co jest właściwie, trzeba mieć osobisty bagaż doświadczeń i pochodzić z kraju, który ma bogatą przeszłość? Czy my możemy w ogóle taką sytuację oceniać, oburzać się, mówić, że my na pewno postąpilibyśmy inaczej? Na pewno?
To naprawdę wyjątkowy reportaż. Mówiący o przeszłych wydarzeniach, choć wcale nie tak odległych w czasie. Może właśnie dlatego tak nami wstrząsa – bo opowiada o naszym świecie i naszych dylematach moralnych, nawet jeśli się nie wspinamy, a szczyty oglądamy jedynie na zdjęciach. Warto przeczytać. Na końcu autor zdradza nam swoją drogę pisania tej książki, opisuje krótko spotkania z bohaterami, spotkanie z Dalajlamą – ostatecznie poznanie jego pracy nad tym materiałem pozwoli nam to sobie jakoś uporządkować w głowie. Cała reszta zależy już tylko od Czytelnika.
Na koniec chciałam powiedzieć, że żyjemy w naprawdę niesamowitych czasach. Kiedyś ludzie wspinający się na szczyty byli z tym sami. Tylko oni i góra. Dzisiaj diametralnie się to zmieniło, ale dla mnie najbardziej niesamowite jest to, że siedząc w domu, mogę obejrzeć na Youtubie to, co stało się 10 lat temu w Himalajach; coś, co Chiny chciały ukryć, a co ujrzało światło dzienne tylko dzięki dzielnemu, rumuńskiemu kamerzyście, który ukrył taśmę z nagraniem. Poniżej macie film dokumentalny o całym wydarzeniu. Warto sięgnąć po ten reportaż. Bardzo!
♦
Za możliwość przeczytania dziękuję
♦

Ha, ciekawa podmiana “śniegu” na “Himalaje” w tytule. Widocznie tematyka górska ma u nas solidne przebicie.
A temacie Tybetu polecam “Ogień pod śniegiem” Paldena Gjaco, czyli pierwszoosobową relację z tego, jak wyglądała chińska agresja na Tybet. Mnie swego czasu mocno poruszyło. Owszem, Tybet przed inwazją nie był rajem, ale nic nie usprawiedliwia tego, co działo się potem. ciekawe jest też to, jak mocno oddziałuje te sprawa do dziś – Doctor Strange w filmie nie udaje się do Tybetu, jak w komiksach, gdyż film wtedy nie trafiłby to chińskich kin.
[…] zainteresowały książki górskie. Jakiś czas temu mogliście przeczytać kilka słów o Morderstwie w Himalajach, a dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o […]