
To, że lubię książki bardziej niż ludzi już ustaliliśmy. Ale ludzi też czasami lubię, zwłaszcza tych z pasją. A Łukasz Skop, autor bloga Bez ogródek, zdecydowanie do takiej kategorii należy. Znalazłam go jakiś czas temu na Instagramie i od razu się zachwyciłam – zdjęciami, pomysłami na nie, wiedzą, poczuciem humoru i wyczuwalną od razu wielką pasją do roślin. Choć uwielbiam czytać o roślinach i przyrodzie, w domu zazwyczaj kwiatki zapominam podlać, i to moja mama wiele lat walczyła o to, żebym w ogóle miała co podlewać. Z nadzieją przywoziła mi kolejne rośliny po śmierci poprzednich – i chyba z głęboką wiarą, że jednak kiedyś się ogarnę i przestanę je mordować. Z dumą muszę wyznać, że tak faktycznie się stało – choć w dalszym ciągu zapominam je podlewać, a na balkonie roślinki ładnie mi rosną tylko po wizycie rodziców, to dzisiaj mogę się pochwalić dwoma (!!!) parapetami zastawionymi kwiatkami. Żywymi.
Łukasz Skop zaraża pasją dalej – za dwa dni premiera jego książki Zrób ten zielnik! Czym jest zielnik, każdy z nas wie, wszyscy musieliśmy je robić na lekcjach biologii w szkole. Ale ten jest inny – bo oprócz zbierania i wklejania roślin do niego, czeka nas wiele innych zadań. Całość jest bardzo przemyślana – rośliny są dostępne, zadania podzielone na stopnie trudności, zróżnicowane tematycznie tak, że nuda nam nie grozi. Łukasz zadbał również o odpowiednią dawkę wiedzy, więc uzupełniając zielnik i bawiąc się nim, jednocześnie możemy dowiedzieć się wielu rzeczy. Myślę, że po takiej dawce przyrodniczych lektur, jakie w ostatnim czasie pochłonęliśmy, czas wyruszyć w teren i zacząć praktykować obcowanie z roślinami!

A na dokładkę jeszcze rozmowa z autorem! Tylko zanim przejdziecie dalej, muszę Was ostrzec – przeczytanie poniższej rozmowy grozi pojawieniem się bardzo silnej potrzeby posiadania kwiatków albo zasadzenia czegoś. Teraz już natychmiast.
Na początek muszę powiedzieć, że nie czuję się godna rozmowy z Tobą, bo ja zabijam rośliny dotykiem. Kiedy pojawił się u Ciebie pomysł na blog? I dlaczego? Jak wyglądały Twoje początki?
Aż za często słyszę jak ktoś się kaja, że nie ma ręki do roślin. I ja to rozumiem, ale się z tym nie zgadzam: nie można nie mieć ręki do roślin. Można jeszcze nie wiedzieć, że się ją ma! Wielu przyszłych ogrodników-amatorów chciałoby od razu uprawiać na balkonie pomarańcze, a na działce arbuzy, bo spektakularne sukcesy są ogromnie kuszące. I to nie jest niemożliwe, ale wymaga już nieco wiedzy i wprawy, a te przychodzą z czasem. Najlepiej zacząć od łatwych roślin, które satysfakcję przyniosą w krótkim czasie. Kto zjadł już pierwszą własnoręcznie wyhodowaną rzodkiewkę na pewno wie o czym mówię. Trzeba tylko przełamać się i spróbować – nie bać się, że zabije się rośliny dotykiem, tylko pogłaskać je po liściach, poczuć ich teksturę, powąchać, a jeśli to możliwe – zjeść. I właśnie do tego chciałbym zachęcić wszystkich moją książką: do zabawy z roślinami, bo najlepiej uczyć się i poznawać właśnie przez zabawę. Taki cel przyświecał mi też kiedy zakładałem bloga. Chcę wprost – czyli bez ogródek – pokazywać, że rośliny mają w sobie o wiele więcej potencjału niż to widać na pierwszy rzut oka.
Nazwa Twojego bloga jest rewelacyjna! A powiedz mi – podobno z roślinami trzeba rozmawiać, a nawet na nie krzyczeć i grozić, że się je wyrzuci, jeśli nie chcą rosnąć. To rzeczywiście pomaga?
Nie jestem pewien czy można to zaliczyć do “oficjalnych” sposobów uprawy roślin i czy mówienie do nich rzeczywiście wpłynie korzystnie na ich wzrost i samopoczucie, ale z pewnością wpłynie dobrze na nasze samopoczucie, więc… zachęcam! Ja w każdym razie rozmawiam z moimi roślinami (kiedy nikt nie podsłuchuje) i póki co im i mi wychodzi to na dobre 😉 Zdarzy mi się na nie zezłościć i wtedy rzeczywiście mogą mi się wymsknąć lekkie groźby pod ich adresem, ale na co dzień żyjemy jednak w doskonałej harmonii.
Skąd u Ciebie taka pasja do roślin?
Pasja do roślin, tak jak każda inna, może być wrodzona lub nabyta. Mnie rośliny interesowały odkąd pamiętam i nie przeżyłem momentu „zielonego objawienia”. Chodziłem do zerówki, a może to było nawet wcześniej, i już miałem swój mały inspekt z kilkoma pomidorami w środku. Siałem w nim i sądziłem wszystko, co mi się podobało, aż w końcu mój inspekt zrobił się za mały i starszy brat zbudował dla mnie duży tunel foliowy. Po tygodniu nie było w nim wolnego skrawka. I tak jest do teraz – nie ma takiej przestrzeni, która wystarczyłaby mi na wszystkie moje rośliny. Chyba na zawsze zostanę szalonym Paszczakiem…
Czy blog jest twoją pasją i zajęciem dodatkowym, a zawodowo zajmujesz się czymś innym, czy wszystko kręci się wokół roślin?
Blog jest moją pasją, dodatkowym i głównym zajęciem i właśnie przez bloga robię wszystko to, co robię teraz: współpracuję z kilkoma magazynami ogrodniczymi do których regularnie piszę i opracowuję teksty ogrodniczo-reklamowe. Ale uprawiam nie tylko wirtualne grządki: zajmuję się również pielęgnacją ogrodów i prowadzeniem warsztatów. Wszystko jednak kręci się wokół roślin. Od kiedy zrozumiałem, a miałem wtedy ledwie kilka lat, że w moim życiu musi być zielono, wszystko widzę przez zielone okulary. W moim mieszkaniu zawsze mieszkają też najpierw rośliny, a później ja. To pewnie brzmi jak brawura granicząca z szaleństwem, ale co tam. Przyznaję, że jestem uzależniony od roślin!
Bardzo spodobało mi się wskrzeszenie starego dobrego zielnika! Skąd taki pomysł?
Większości z nas zielnik kojarzy się z przykrym obowiązkiem wykonywanym w szkole, poniewierającymi się suszkami i czymś, co miało się zebrać, skompletować i jeszcze powinno wyglądać jak milion dolarów (przynajmniej dla nauczyciela), a wyszła ledwie mierna kolekcja przypadkowych liści zebranych naprędce jesienią. Nie chciałem więc pisać o zielniku, który by ożywiał takie wspomnienie. Ale zielnik sam w sobie nie jest przecież niczemu winny i jego wykonanie może być naprawdę pasjonujące, a efekt – niespodziewany. „Zrób ten zielnik” jest więc interaktywną krzyżówką książki i zielnika i na przekór tradycyjnym regułom według których tworzy się profesjonalne zielniki można w nim zrobić wszystko to, za co w tradycyjnym zielniku dostalibyśmy dwóję. Rozkwasić pomidora? Proszę bardzo. Polać zielnik sokiem? Jak najbardziej. Doprawić pieprzem do smaku? Nie widzę przeszkód.
Czy tworzyłeś tę książkę z myślą o jakiejś konkretnej grupie docelowej? Dzieci? Młodzież? Wszyscy?
Ten niezwykły zielnik przeznaczony jest bardziej dla dorosłych, bo trzeba w nim nieraz wykonać niebezpieczne zadania, np. zebrać trujące rośliny. Pomysły na wykorzystanie roślin mają jednak różny stopień trudności, od łatwych po trudne, więc niektóre z nich będą odpowiednie także dla dzieci i młodzieży. Książka świetnie nadaje się też na prezent, szczególnie dla tych którzy do roślin nie są jeszcze przekonani. Ci zaś, którzy co nieco z zielonego świata kumają powinni spędzić z zielnikiem wiele wyjątkowo przyjemnych chwil i – mam nadzieję – odkryć florę od dotąd nieznanej im strony.
Zdradź jeszcze, jak przebiegał proces od pomysłu do realizacji? Jak wyglądała praca nad książką? Tak jak sobie wyobrażałeś czy coś Cię zaskoczyło?
Wszystkie pięćdziesiąt zadań, które ostatecznie znalazły się w zielniku spisałem właściwie jednego wieczoru – tego samego, kiedy otrzymałem propozycję napisania zielnika. Samo wymyślenie zadań nie stanowiło dla mnie większego problemu, trudniej było je opisać w jak najbardziej zrozumiały sposób. Bo dla mnie botaniczne terminy są znane i ciekawe, ale jak przedstawić je czytelnikom, by i dla nich takimi były? To było wyzwanie. Przygotowałem też spis pomysłów dotyczących wyglądu książki, które rozważaliśmy w wydawnictwie. Na pewno zauważyłaś, że strony zielnika są sztywne i szorstkie, prawda? To był jeden z moich priorytetów, bo jeśli w zielniku miały się znaleźć suszone rośliny, jego kartki powinny być sztywne i łatwo chłonąć wilgoć.

Jak wybierałeś rośliny do zielnika? Były jakieś kryteria? No i jak wymyślałeś zadania?
Jeśli chodzi o gatunki, to w zielniku znajdziesz prawdziwy groch z kapustą – starałem się, żeby każda grupa roślin (niezależnie od kryterium podziału) miała w nim swoją reprezentację. Zadania są więc bardzo różnorodne, bo dotyczą różnych gatunków roślin, różnych części roślin i różnego ich wykorzystania. Każda roślina musiała jednak spełnić dwa podstawowe warunki, jeśli miałem ją wykorzystać w zielniku: musiała być „znajdywalna” w Polsce i nie na tyle rzadka, by być gatunkiem chronionym, bo zbiór roślin objętych ochroną ze stanowisk naturalnych jest zabroniony. Ale uwierz mi, że nawet ze zwykłą kapustą można zrobić coś ciekawego.
Pewnie kochasz wszystkie rośliny, ale na pewno masz też jakieś ulubione i takie, który nie cierpisz!
Tak, kocham rośliny, więc niezmiennie wywołują u mnie duże, nieraz skrajne emocje. Nie lubię na przykład jesionów i olch, bo te drzewa odbieram jako zimne i niedostępne. Szczególną sympatią darzę za to wszystkie „szybkie” rośliny, nawet jeśli są to brzydkie chwasty. Takie, które szybko kiełkują, kwitną, wydają nasiona i już ich nie ma. Na przykład malutka wiosnówka pospolita, nasza rodzima roślina. Czasem ma wielkość ledwie kilku centymetrów. Musi zdążyć przeżyć całe swoje życie na przedwiośniu, w kilka tygodni, zanim przerosną ją inne rośliny łąkowe. Dla niej wiosna to wyścig z czasem! Albo cebulowe – uwielbiam kwiaty cebulowe! Najbardziej chyba za to, że przez większą część roku tkwią schowane pod ziemią, więc dają tyle frajdy, kiedy w końcu wyrosną. Lista ulubionych roślin jest u mnie bardzo długa, a jak chyba widzisz najbardziej lubię te, które ciągle się zmieniają i nie dają się sobą za szybko znudzić.
Po tej pierwszej przygodzie z książką planujesz następne? Masz olbrzymią wiedzę, poczucie humoru i chętnie przeczytałabym coś jeszcze w Twoim wydaniu!
Ha ha! Na razie muszę ochłonąć po tej pierwszej. Własne nazwisko na okładce książki to dla mnie ciągle duża rzecz. Oczywiście, że chciałbym napisać coś jeszcze, tym bardziej jeśli „Zielnik” spodoba się czytelnikom. Raczej nie będzie to jednak nic w rodzaju typowego poradnika, przewodnika czy leksykonu. Czas encyklopedii, także tych ogrodniczych, dobiegł końca, a te, które już napisano ciągle są wartościowe. Wciąż jest jednak miejsce na bardziej nieoczywiste pozycje. Mam już nawet pewien pomysł, ale zróbmy to w stylu roślin cebulowych: kiedy zgromadzę materiały i przyjdzie odpowiednia pora, niespodzianka ujrzy światło dzienne.
Zdecydowanie nie miałam na myśli typowej książki. Ale opowiadasz z taką pasją o roślinach, że jeśli zdecydowałbyś się napisać kolejne “Sekretne życie roślin” czy “Sekretne życie drzew” brałabym w ciemno!
Akurat ta książka Petera Wohllebena jest dla mnie szczególna, bo mam wrażenie, że dokładnie rozumiem jego spojrzenie na rośliny. Wzruszyłem się czytając ją, a nie zdarza mi się to często. Mam wrażenie, że ostatnio coraz częściej próbujemy oceniać rośliny i porównywać je do świata zwierząt – czy rośliny widzą? czy czują? czy słyszą? Ale dla mnie nie są to najszczęśliwsze porównania, bo świat roślin rządzi się swoimi prawami. I nie powinniśmy na siłę wpasowywać roślin w kryteria, które nie mają do nich zastosowania. To, że rośliny nie mają mózgu takiego jak my czy zwierzęta nie oznacza, że są głupie. Są po prostu inne, a my możemy jeszcze nie dysponować odpowiednimi narzędziami, by je w pełni zrozumieć. Ziemia była płaska do czasu, aż byliśmy w stanie dowieść, że jest inaczej. Teraz już wiemy, że rośliny potrafią się ze sobą komunikować na wiele sposobów, chociaż do niedawna nikt by w to nie uwierzył. Kto wie, może przyjdzie czas, że rozmawianie z roślinami będzie na porządku dziennym?
Masz jakieś rady dla takich osób jak ja, które chcę cieszyć się kwiatami w domu, ale nie umieją stworzyć z nimi dobrego związku?
Mam taką radę: dajcie sobie trochę cierpliwości i zaufania. Może wszystkie kwiaty, które miałaś do tej pory nie nadawały się do Twojego mieszkania, bo potrzebowały innych warunków? Na pewno jest taka roślina, która będzie Ci pięknie rosła i przyniesie dużo radości, musicie tylko na siebie trafić. A żeby trafić – trzeba próbować. No i oczywiście polecam siać własne nasiona, bo wtedy zmienia się stosunek do roślin. Co innego wielki kwiat, „gotowiec” ze sklepu, którego ktoś za nas wyhodował, a co innego wychuchana własnoręcznie siewka. W domu można zacząć np. od zasadzenia nasion z cytryny albo pomarańczy. Próbowałaś kiedyś?
Nie! Namówiłeś mnie, ale potrzebuję dokładniejszej instrukcji – mam pomarańczę, zjadłam ją, zostały nasionka. I co? Tak po prostu wsadzam w ziemię i rosną? To nie może być takie łatwe!
Nie podpowiadałbym tego przykładu, gdyby było inaczej: to jest takie proste! Zwykle nasiona po wyjęciu z mięsistych owoców warto przynajmniej lekko wysuszyć przed posadzeniem, ale akurat nasiona cytrusów wystarczy dobrze wypłukać pod bieżącą wodą (resztki miąższu mogłyby zapleśnieć) i można je od razu wsadzić do doniczki. Najlepiej kiełkują właśnie te, które są świeże. O, podam Ci jeszcze jeden podobny i ciekawy przykład: kasztany. Na pewno nieraz zbierałaś spadające z drzew świeże kasztany. Z początku są błyszczące, pachnące i mają taką piękną, gładką łupinę. Szybko jednak wysychają i stają się matowe. Czy wiesz, że takie kasztany już nigdy nie wykiełkują? Wystarczy, że raz wyschną a już nigdy się nie obudzą. Wiosną wykiełkują tylko te kasztany, które jesienią zostaną przykryte przez mokre liście. Rośliny kryją w sobie wiele tajemnic – czasami, jak kasztany, leżą u naszych stóp a my nic o nich nie wiemy!
Zawsze też pytam o książki. Czytasz? Jeśli tak, to co? I czy możesz polecić książki przyrodnicze, które uważasz, że każdy powinien przeczytać!
Pewnie, że czytam. Najczęściej w podróży i latem, na kocu i na łące. Rzadko mam czas czytać książki w żaden sposób nie związane z roślinami, ale kiedy już mam to czytam te same po kilka razy i dalej tak samo je lubię. Moją ulubioną pisarką jest Joanna Chmielewska i jej komiczne kryminały. A na drugim końcu półki leżą stare komiksy Disneya, które długo zbierałem. Wciąż nic nie bawi mnie tak jak fajtłapowaty Kaczor Donald! Polecane przeze mnie książki przyrodnicze z zeszłego roku znajdziesz na moim blogu. W zeszłym roku w ogóle mieliśmy niezły wysyp książek o roślinach, chociaż nie były to książki ogrodnicze. I to mnie bardzo cieszy bo widać, że chcemy poznawać rośliny zdobywając wiedzę nie tylko o ich uprawie.
Udzielasz się też na Instagramie, robisz piękne zdjęcia, oryginalne, bardzo kreatywne. Rośliny to chyba wdzięczny temat do fotografowania?
Bardzo wdzięczny, ale też przy fotografowaniu roślin, szczególnie kwiatów, nietrudno popaść w rutynę. Na przykład jak pokazać stokrotkę, żeby wyglądała naturalnie, ale intrygująco? Nieraz długo kombinuję nad portretami roślin, które pokazuję. Instagram rządzi się też swoimi prawami, na zaciekawienie osoby po drugiej stronie telefonu mamy tylko kilka sekund. Lubię operować kontrastem i nieoczywistymi zestawieniami, przez co moje konto wygląda pewnie jak festiwal kolorów, ale jeśli uda mi się tym kogoś wkręcić w rośliny i pokazać jakie mogą być fascynujące, to będę bardzo szczęśliwy. Można też śmiało do mnie pisać przez instagram i pytać o rośliny – jeśli akurat nie mam rąk w ziemi to zawsze postaram się pomóc. Tylko proszę mi nie “panować”! Wolę być tym szalonym Łukaszem od roślin, niż Panem Ogrodnikiem 😉
Na koniec – zaskocz nas jakąś ciekawostką roślinną! Albo rzuć anegdotką ze świata roślinnego
Zbliża się Wielkanoc i wielkanocne farbowanie jajek, do którego najlepiej wykorzystać rośliny i uzyskane z nich naturalne barwniki. Pewnie wiesz, że na brązowo farbują łuski cebuli; do barwienia na żółto można wykorzystać sproszkowaną kurkumę, na zielono farbuje młode żyto, na fioletowo np. sok z czarnego bzu – wszystkie te naturalne barwniki znajdziemy w kuchni i wszystkie pochodzą od roślin. Ale zawsze jest kłopot z niebieskim barwnikiem: można użyć czerwonej kapusty, wciąż jednak nie będzie to szałowy, głęboki błękit. Niebieski barwnik indygo, ten sam którym oryginalnie farbowano jeansy, uzyskuje się z indygowca barwierskiego, rośliny obcej w naszym klimacie. Mamy jednak zupełnie inną roślinę, urzet barwierski, który rośnie u nas dziko i z którego liści da się otrzymać barwnik indygo. Urzet jest nam już praktycznie nieznany, bo dawno przestał mieć znaczenie przemysłowe. A przecież to nie tylko ciekawa, ale też po prostu ładna roślina. Przydałoby się jej więcej rozgłosu, nawet jeśli ktoś zrobi sobie z nią jaja!
♦


Co za fantastyczna rozmowa! Lubię ludzi z pasją, którzy próbują zarażać nią innych 🙂
Dzięki! Łukasz zaraża – i to bardzo skutecznie! Dzisiaj kupiłam pomarańczę i cytrynę i mam nadzieję, że mają dużo pestek 😀
Ja codziennie piję sok z połówki cytryny i do tej pory wszystkie pestki wyrzucałam a teraz poważnie zastanawiam się, czy nie posiać w doniczce chociaż jednej 😀
Posadź! Zobaczymy czy nam coś wyrośnie 😀
W ten weekend udało nam się zrobić kilka stron z naszym dziećmi. Fajna pozycja dla małych i dużych miejskich ogrodników.