Pięć lat kacetu

Przecież porządny więzień nie powinien żyć w obozie dłużej jak pięć miesięcy

Gdybym miała wybrać jedną, jedyną najważniejszą dla mnie książkę, pewnie nie umiałabym tego zrobić. Ale 5 lat kacetu byłoby tym tytułem, nad którym poważnie bym myślała. To dla mnie bardzo ważna książka, o czym zresztą już wspominałam wielokrotnie. Nawet nie wiem dlaczego – wspomnień i relacji z pobytów w obozach jest przecież bardzo dużo. Przeczytałam ich też naprawdę sporo, ale dla mnie nikt nigdy nie napisał o tym tak, jak zrobił to Grzesiuk. Może są książki lepsze, może są bardziej szczegółowe, bardziej dramatyczne czy przejmujące. Na pewno. Ale w relacji Grzesiuka jest coś, co mi najbardziej zapadło w głowę i serce.

Podstawą życie w obozie było, w moim pojęciu, maksymalne miganie się od pracy oraz organizowanie jedzenia, a w zasadzie można to ująć w jedno zdanie – postępować przeciw wszystkim zarządzeniom władz obozowych, bo wszystkie zarządzenia miały na celu jak najszybsze wykończenie więźniów.

Ostatnie spotkanie mojego klubu książki było na temat literatury obozowej. Jedna z osób powiedziała, że spotkała się z ciekawą reakcją po przeczytaniu Grzesiuka. Osoba, która go przeczytała, stwierdziła, że w sumie to w tych obozach nie było chyba tak strasznie. Ktoś może się oburzyć – czy to na takiego czytelnika, czy to na autora, że zbyt pozytywnie i radośnie opisał swoje przeżycia. Choć faktycznie Grzesiuk był dosyć specyficznym więźniem, któremu charakteru nie brakowało, to zastanawiam się jednak nad osobą, która w jego relacji dostrzega tylko zabawne historyjki.

Od początku pobytu w obozie tak jakoś ciekawie się to u mnie w głowie ustawiło, że nic mnie nie obchodziły okropności obozu, lecz cała moja natura, energia, bystrość i psychika ustawiły się do walki z każdą przeciwnością, w każdej sytuacji. Niczemu się nie dziwiłem i nic mnie nie potrafiło zmartwić. Jak brałem po twarzy – to też na wesoło.

Ta charakterność, zawziętość i poczucie humoru autora powodują, że to relacja jedyna w swoim rodzaju. Do tego dochodzi bezpretensjonalność, zwyczajność tego, co opowiada, choć przecież w tej opowieści nie ma nic zwyczajnego. Nie ma gdybania, nie ma rozczulania się, nie ma użalania się nad sobą, żadnych metafor, filozofowania, nic. Jest konkret. To, jak trafił do pierwszego obozu, jak był przenoszony do innych, jak sobie radził (i nie radził), za co był bity, z kim się przyjaźnił, a kto go nienawidził. Pisze o godności ludzkiej i jej przykładach, wzajemnej pomocy i o tym, że człowiek może wciąż pozostać człowiekiem, nawet w takim miejscu. Ale otwarcie przyznaje również, że nie wszyscy radzili sobie z tym, by swoje człowieczeństwo zachować, nie brakuje mocnych słów, przekleństw czy dramatycznych sytuacji. To, co najważniejsze w tym tekście to brutalna prawda – do śmierci można się przyzwyczaić, a przeżyć można tylko wtedy, kiedy nie będzie się robić z tego wielkiej sprawy.

Grzesiuk tak jak szczerze pisze o innych, tak samo szczerze pisze o sobie. O swoich załamaniach, o tym, co spowodowało, że płakał, o bójkach, kradzieżach i awanturach. Nie wybiela się, przyznaje, że czasami był draniem – ale draniem warszawskim, honorowym. Kiedy ktoś był dobry lub uczciwy, pomagał mu w miarę możliwości. Kiedy spotykał na swojej drodze bandytę albo cwaniaka, który ustawia się kosztem innych – nie było przeproś. Nienawidził księży, ale jeśli spotykał takich, którzy nie brali chleba za spowiedź, zawsze im pomagał. Przytacza sytuacje, po których musimy książkę na chwilę odłożyć. Są też takie, że będziemy się dziwić, że mogły w ogóle wydarzyć się w obozie. Są takie, po których będziemy się uśmiechać, a nawet śmiać. Nie jest to oczywiście śmiech radosny i beztroski – to raczej śmiech doceniający głównego bohatera, jego siłę i sposób na przetrwanie.

Muszę powiedzieć, że w bloku i w robocie mieliśmy sporo przyjaźnie do nas nastawionych ludzi. Wpływał na to nasz ryzykancki charakter, humor, który nas nigdy nie opuszczał, życzliwość w stosunku do słabszych i bojowość w stosunku do tych, którzy wchodzili nam w drogę. Jeśli mnie ktoś silniejszy zrobił przykrość, a wiedziałem, że pobić go nie dam rady albo że nie wolno mi go uderzyć, to przynajmniej posyłałem takiemu piękną wiązankę warszawską, że odechciało mi się następny raz włazić mi w drogę, bo wiedział, że mu nie ustąpię.

Pięć lat kacetu jest książką niezwykłą. Dla mnie to doskonałe świadectwo człowieczeństwa i dowód na siłę człowieka. Może dlatego tak lubię tę książkę? Bo daje nadzieję? To opowieść o człowieku, który dostosowuje swoje zachowanie do okoliczności, ale nigdy nie traci z oczu tego, co jest dobre, a co złe. O tym, że moralność wewnętrzna istnieje, ale że nie ma reguły na to, kto ją ma, a kto nie. Opowieść, która oswaja to, co wydawałoby się jest nie do oswojenia. Pokazuje, że człowiek potrafi poradzić sobie z ogromnym koszmarem, musi znaleźć tylko na to sposób. Dla Grzesiuka to był humor i złość. Humor, który nie pozwolił mu się złamać, i ta zawziętość, że na złość Niemcom nie da się zabić. Robi to na mnie największe wrażenie. Akceptacja swojej sytuacji na tyle, by móc rozsądnie ją ocenić i na zimno kalkulować, jak przeżyć, wymaga nadludzkich sił od człowieka, spojrzenia prosto w oczy swojemu najgorszemu koszmarowi i uśmiechnięcie się do niego. Podziwiam tych, którzy to zrobili.

I gdyby mnie od tych ludzi spotkała największa krzywda, ważniejsza będzie dla mnie pamięć o pomocy, którą od nich w tej czy innej formie otrzymałem. A pamiętam każdą miskę zupy i każdy kawałek chleba.

Jeśli ktoś interesuje się tym tematem, to myślę, że Grzesiuka ma przeczytanego. Ale jeśli myślisz, że taka literatura nie jest dla ciebie, to chociaż spróbuj przeczytać Pięć lat kacetu. Mam takie poczucie, że trzeba czytać takie książki – one mają boleć i poniewierać. Musimy wiedzieć i pamiętać. Relacja Stanisława Grzesiuka boli i poniewiera, a jednocześnie pozwala nam się zbliżyć do tych niewyobrażalnie trudnych wydarzeń. To taka książka, którą według mnie powinien przeczytać każdy.

 
  • Czy w tym wydaniu jest jakiś nowy wstęp i czy przywrócone fragmenty są jakoś oznaczone albo wymienione?

    • Jest tylko krótka nota edytorska, a fragmenty przywrócone są (ja miałam w wersji na Kindla) podkreślone – nie wiem czy w wersji papierowej jest jakieś wyróżnienie…

      • Dzięki. A tak z grubsza, czy dużo jest tych nowych fragmentów?

        • Nie – to kilka sytuacji, które pewnie były zablokowane przez osoby, których dotyczą. Są uzupełnieniem, ale w zasadzie nie wnoszą nic nowego.

          • Ech, czyli wydawca robi sensację, nie oferując realnie wiele nowego. Dzięki. Obejrzę to przy okazji w jakiejś księgarni, ale w tym układzie pozostanę przy moim starym wydaniu.

    • Z tego, co widziałam po przekartkowaniu wersji papierowej to dodane w tej wersji fragmenty są pogrubione.

  • Szkoda.

  • Biorę się za nią w tym miesiącu lub najpóźniej w przyszłym 🙂

  • Domyślam się z opisu, że Grzesiuk niekoniecznie operuje czarnym humorem, ale ze mną od dawna jest takie przekonanie, że czasem są takie sytuacje w życiu, że zostaje tylko śmiech. Choć nikomu do śmiechu nie jest.

    • Za mną zdecydowanie też. Choć zadziwiające jest to, jak wielu ludzi to oburza.