Zazwyczaj omijam szerokim łukiem książki napisane na podstawie seriali i filmów. W większości przypadków to katastrofa. Po Luthera sięgnęłam, bo nie miałam pojęcia, co było pierwsze – książka czy serial. Ostatecznie okazało się, że pierwszy był serial, ale Luther w wydaniu książkowym zdecydowanie nie jest katastrofą. Nie mogę porównać co jest lepsze – książka czy serial, bo serialu jeszcze nie oglądałam. Ale na pewno mogę stwierdzić, że Luther. Odcinek Zero to bardzo dobry kryminał, trzymający w napięciu do samego końca. Wszelkie schematy gatunkowe są niezauważalne, a na pierwszy plan wysuwa się intrygująca postać głównego bohatera.
Generalnie wszystko już było. Gliniarz, który ma problemy emocjonalne i moralne; gliniarz, który potrafi pobić świadka, żeby uzyskać to, co chce; gliniarz, który ma problem z utrzymaniem związku z żoną, czy tak naprawdę jakiejkolwiek bliższej relacji. Na pewno czytaliście już takie kryminały. Ale ten jest w jakiś sposób inny. John Luther, detektyw wydziału zabójstw, dominuje całą powieść. Jest znakomicie skonstruowany. Z jednej strony jest prawym detektywem, dążącym do łapania przestępców. Ale po każdej następnej stronie dostrzegamy coraz więcej demonów go nawiedzających. Nie jest to powiedziane wprost, to coś, co możemy wyczuć, dostrzec w opisie zaciśniętych pięści w kieszeni, zaniepokojonym spojrzeniu żony czy zmarszczonych brwiach Johna. Zaczynamy mu współczuć, zaczynamy razem z nim przeżywać i niepokoić się.
John Luther jest tragiczną postacią, która może stanąć w jednym szeregu z Edypem czy Antygoną. Jest jednostką szlachetną, która pozostaje cały czas w konflikcie równorzędnych wartości moralnych. Jest z góry skazany na klęskę, niezależnie od tego, co wybierze. Stworzenie takiej postaci i postawienie jej na straży dobra stworzyło mieszankę wybuchową. Tym bardziej, że Luther. Odcinek Zero jest bardzo dobrze napisany. Nic dziwnego, Neil Cross jest scenarzystą, a jak już zdążyłam się przekonać (panowie Hjorth&Rosenfeldt!) scenarzyści naprawdę umieją pisać książki. Przede wszystkim umieją budować ciekawe postacie, z krwi i kości, wzbudzające emocje. Potrafią stworzyć spójny świat, z przemyślanymi szczegółami, gdzie wszystkie elementy układanki powoli, ale nieuchronnie dopasowują się do siebie.
Nie pozostaje mi nic innego, jak obejrzeć serial z Idrisem w roli Luthera 🙂 Ktoś napisał, że książka lepsza. Ktoś inny, że książka nie umywa się do serialu. Oglądaliście? Czytaliście?
a tu trailer:


Bardzo lubię ten serial. Jedyne do czego bym się przyczepił to jego polityczna poprawność. Poza tym wciąga jak diabli 🙂
Muszę obejrzeć! 🙂
Polecam, ale trzecią serię sobie możesz z czystym sumieniem darować 🙂
Pewnie tak zrobię. Mam tendencję do nie koniecznia seriali 😉 Zazwyczaj gdzieś po drodze się psują, a ja tracę do nich serce 🙂
“Luther” jest dość specyficzny, bo pierwsza seria ma coś 6 odcinków, a druga całe 4. Raczej się nie znudzisz 😀
To świetnie! Lubię taki konkret 😀 Choć może 4 odcinki to przegięcie w drugą stronę…
Nawet nie wiedziałam, że książka na podstawie serialu powstała. Zastanawiam się przy okazji, jak to było w przypadku “Broadchurch”. Czy książka na podstawie serialu, czy serial na podstawie książki. Parę odcinków “Luthra” obejrzałam, jeden z lepszych seriali kryminalnych. Zawsze obiecuję sobie, że kiedyś obejrzę całość.
“Luther” nawet nie tyle na podstawie serialu, ile została napisana przez scenarzystę serialu 🙂 Dla mnie to zasadnicza różnica, oznaczając, że książka jest prawdopodobnie dobra 😉 A na książce “Broadchurch” jest napisane, że to książka na podstawie serialu 🙂
Broadchurch się nie przyglądałam, tylko kiedyś mignęła mi przed oczami okładka z Tennantem. Ten Luther to est dla mnie teraz do przemyślenia.
Przeczytaj w wolnej chwili 🙂 Ja zabiorę się za oglądanie 😉
Serial uwielbiam! Świetny klimat plus Idris skradł moje serce 😉 Chętnie sięgnę po książkę, bo ciekawość mnie zżera czy bardzo się różni od serialu 🙂