
Alexandra Benedict || tłumaczenie Janusz Maćczak
Czy październik jest dobrym czasem na czytanie świątecznych książek? Pewnie nie do końca, ale nie jestem też pewna, czy książkę Alexandry Benedict można nazwać tak do końca świąteczną. Owszem, ma ten przymiotnik w tytule, rzecz się dzieje w Wigilię, ale czy to wystarczy, żeby książka była “świąteczna”? W końcu nie o uroczy klimat tu chodzi, ale o złapanie mordercy!

Alexandrę Benedict mogliście już poznać w tamtym roku – książka Świąteczna mordercza gra okazała się być świetną rozrywką. W nowej książce autorka podąża znanymi ścieżkami, ale tym razem zamyka swoich bohaterów w pociągu zamiast w domu. Wyobrażacie to sobie? Wsiadacie w pociąg, jedziecie na święta, a tu nagle wypadek, wykolejenie, a na dodatek okazuje się, że ktoś umarł, i że prawdopodobnie został zamordowany! Mam trochę poczucie, że taka fabuła wywoływała więcej ekscytacji, kiedy pisała ją Agatha Christie – ze względu na czasy, mniejszą dostępność komunikacji, takie to co dzieje się w pociągu, zostaje w pociągu. Benedict osadza swoją fabułę w czasach współczesnych, gdzie każdy ma telefon komórkowy, trochę tej tajemnicy zostaje zabrane – ale nie wszystko. Potwierdzi to każda osoba, która kiedykolwiek utknęła w pociągu na godzinę (albo kilka godzin) w szczerym polu. Komórka tutaj sytuacji nie zmieni ani nie uratuje.

Podoba mi się w książkach Benedict, że nie udają czegoś, czy m nie są. Mam wrażenie, że autorka bardzo świadomie bawi się znajomymi tropami, konwencją, która w kryminałach jest już bardziej niż wyeksploatowana, robi to na zasadzie pokazania, że można pisać takie książki i nie nie trzeba dorabiać do nich żadnej filozofii. To ma być po prostu czysta rozrywka, choć nie taka zupełnie lekka. Mamy więc trasę Londyn – Fort William, 18 pasażerów i prawie 16 godzin wspólnej jazdy. (Kto tak jak ja sprawdził trasę?).

Szybko okazuje się, że przebywanie na tak niewielkiej powierzchni (mimo osobnych, sypialnych wagonów) tak dużej grupy ludzi o tak różnych charakterach jest gotową receptą na katastrofę. A jeśli dorzucimy do tego jeszcze wypadek na pustkowiu, który unieruchamia pociąg plus zwłoki w jednym z przedziałów – zaczyna robić się gorąco! Ale książka Benedict to nie tylko kryminalna zagadka, choć spokojnie można ją tak potraktować. Myślę, że to będzie doskonała lektura do pociągu, jak będziecie jechać na święta do domu! Autorka proponuje nam jeszcze całkiem sprawnie napisany przekrój przez społeczeństwo i reprezentację przeróżnych problemów. Była komisarz policji czeka na wieści od córki, która ma problemy z porodem, młoda dziewczyna znana z tego, że wygrała muzyczne show, jest uzależniona od wizerunku w sieci i wszystko robi ze swoimi obserwatorami. Tkwi również w toksyczny, przemocowym związku, z którego nie umie się wyplątać (a imię chłopaka to Grant, ktoś na okładce się machnął i ochrzcił go Gregiem). Czwórka studentów jedzie by wziąć udział w rywalizacji o miejsce w programie telewizyjnym (bardzo ciekawym zresztą – wygraną są stypendia na studia doktoranckie, ale ostatecznie to taki Big Brother tylko z inteligentnymi studentami). Pojawiają się też zwierzęta, zaskakujące historie z przeszłości, trochę miłości… i morderca.
To, co bardzo mi się podoba dodatkowo, to oprawa fabuły. Już na początku dostajemy informację, że w tekście powieści są ukryte tytuły filmów i książek związane z pociągami. Więc nie dość, że mamy do odgadnięcia mordercę w fabule, możemy szukać rozwiązania dodatkowej zagadki. Co więcej, na końcu książki znajduje się quiz, który występuje w fabule – więc także czytelnicy mogą w nim wziąć udział. A na koniec dostajemy jeszcze pewien pyszny przepis – zaczyna się od namoczenia rodzynek w whisky, więc musi być pyszny!

Więc jeśli szukacie czegoś przyjemnego (choć jest trup), czegoś lekkiego (choć są poważne życiowe rozkminy) czegoś świątecznego (choć jest październik) to bardzo mocno polecam! Lubię książki, które pełnią kilka funkcji, a ta zdecydowanie taka jest!
♦