
Choroby dziecięce są dwojakiego rodzaju. Pierwszy: jakkolwiek się czujesz, ale możesz jeszcze stać, pracujesz z innymi. Drugi: możesz leżeć w łóżku, jeśli tracisz przytomność. Lekarstw nie ma żadnych, lekarza tym bardziej. Jeśli organizm sobie poradzi, dziecko przeżyje. Jeśli nie – umrze.
Są takie książki, o których nie umiem napisać, ale tym bardziej chcę to zrobić, żeby pokazać, że warto czytać tytuły, które wzbudzają w nas pewnego rodzaju onieśmielenie. Magdalena Grzebałkowska pisze znakomite książki – 1945. Wojna i pokój, Komeda. Osobiste życie jazzu, Beksińscy. Portret podwójny, Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego. Teraz do tej listy dochodzi Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia. Temat trudny, o dzieciach podczas wojny. Trudny, ale ważny, potrzebny i taki, który warto poznać, bo wiele uświadamia. Więc skąd to onieśmielenie? Wynika trochę właśnie z tematu, bo zawsze przy takich książkach mam poczucie, że trzeba się znać, żeby o nich pisać (cokolwiek to tak naprawdę znaczy). Na okładce przeczytamy o książce piękne słowa Agnieszki Holland, Małgorzaty Szejnert, Zyty Rudzkiej i Cezarego Łazarewicza. Słowa, które opisują książkę w punkt i do których właściwie nie trzeba już nic dodawać.

Ale mimo wszystko dodam coś od siebie, bo książka zrobiła na mnie duże wrażenie i chcę, żeby została na blogu. Po pierwsze – ponownie temat. Dzieci i wojna nie łączą się zwykle za bardzo. Kiedy myślimy o wojnie, raczej skupiamy się na innych jej aspektach, a tematu dzieci unikamy. Nic dziwnego – wojna sama w sobie jest okropna, ale świadomość obecności dzieci na wojnie przekracza mam wrażenie, jakąś cienką linię naszej wspomnieniowej wytrzymałości. Gdzieś musi być granica tych wszystkich okropności, prawda? Okazuje się, że wcale jej nie ma i nie było, a to, co my dzisiaj możemy zrobić, to czytać jak najwięcej takich książek, żeby się uczyć.

To dwanaście historii rozsypanych po całym świecie – jest i Wolne Miasto Gdańsk, i Gułag, Hiszpania, Stany Zjednoczone, i Prusy Wschodnie, i Syberia. Historie, które czyta się bardzo, bardzo trudno. O dzieciach oddzielonych od matek od razu po urodzeniu. O dzieciach mierzących się z byciem dzieckiem zbrodniarza nazistowskiego. O dzieciach zamykanych w obozach dla Japończyków mimo że posiadają amerykańskie obywatelstwo. O dzieciach, które wstępują do wojska. O warszawskich małych powstańcach. O dzieciach, które już są dorosłe i całe życie szukały odpowiedzi na pytanie kim jestem? O dzieciach w domach dziecka, szkolonych na nazistów. O spotkaniach po latach, które potrafią zadawać więcej bólu niż same poszukiwania. Autorka oddaje również głos własnej babci Władzi, która przebywała w niemieckim obozie pracy.
Ojciec dziewczynki z macochą dość szybko rezygnują z poszukiwań Walentiny. Mieszkają na Ukrainie, przez kraj przetacza się fala głodu, który za dwa lata spowoduje śmierć milionów ludzi, będą zdarzać się przypadki kanibalizmu. – Myśleliśmy, że cię po prostu zjedzono – powiedzą jej, kiedy spotkają się znowu trzydzieści trzy lata później.
I choć bohaterem każdej historii jest jedna osoba, piszę w liczbie mnogiej, bo przecież doświadczenia bohaterów tych opowieści nie były tylko ich, nie były wyjątkowe, bo rzadkie. Ile historii już w ogóle nie poznamy? Kiedy zaczyna się myśleć o tym podczas lektury (a na pewno się zaczyna), czytelnika zalewa fala przeróżnych emocji i jeszcze więcej pytań. Bardzo lubię takie książki, bo one w doskonały sposób pokazują ludzką stronę przeszłości i tego, co się wydarzyło. Nikt nie może powiedzieć w obliczu takiej książki, że nie interesuje się historią – te dzieci zasługują na nasze zainteresowanie. One są tą historią.

Mam poczucie, że Magdalena Grzebałkowska była idealną osobą do opowiedzenia tych historii. Jest znakomitą reporterką, baczną obserwatorką i uważną słuchaczką. Umie opowiedzieć poznane historie tak, by zrobiły jak największe wrażenie na czytelniku, ale nie popada przy tym ani w skrajności, ani w nadmiar, ani w fałszywy patos, o którym pisze Agnieszka Holland na okładce. Wydaje mi się, że w takiej pracy na autorze ciąży spora odpowiedzialność – za opisanie wszystkiego zgodnie z faktami, za potraktowanie bohaterów z szacunkiem. Tym bardziej podziwiam.

Wydanie tej książki również zasługuje na osobny akapit. Rozdziały podzielone na podrozdziały, podtytuły, rozbijające tekst i dające trochę oddechu czytelnikowi, oddzielone krótsze fragmenty tekstu ze sceną, którą trzeba jeszcze mocniej podkreślić. Do tego duża ilość zdjęć, które nadają jeszcze bardziej ludzki wymiar tym historiom i uświadamiają czytelnikowi, że tak, to wszystko wydarzyło się naprawdę. Możemy spojrzeć opowiadającym bohaterom prosto w oczy. I jest w tej książce jeszcze coś, co dodatkowo zburzy spokój odbiorcy – to rysunki dzieci. Wojna widziana oczami dzieci – obozy, samoloty zrzucające bomby, wysiedlenie Polaków, czołgi, wisielcy przy drodze, ewakuacja, dzieci w obozie… Jest w nich coś, co każe się zatrzymać przy nich na dłużej.
Nie wiem, co więcej powinnam napisać. Czytajcie, bo warto. Poznać historię, zastanowić się nad współczesnością, nad tym, jakim przywilejem jest życie i dorastanie w czasach pokoju.
♦
Mam tę książkę zgraną na czytniku, ale po przeczytaniu Twojego wpisu i zobaczeniu zdjęć wiem, że muszę ją nabyć w papierowej wersji 🙂