Buntowniczki

Z pewnością znacie Mary Wollstonecraft i Mary Shelley. Nawet jeśli nic o nich nie wiecie, znacie te nazwiska. Pierwszą skojarzycie ze słynnym Wołaniem o prawa kobiet, druga jest autorką Frankensteina. Ale czy zdawaliście sobie sprawę z tego, że Mary Wollstonecraft była matką Mary Shelley? Część z was pewnie to wiedziała, ale dla części może to być nowa informacja. Dlaczego właśnie od tego faktu zaczynam? Bo mam wrażenie, że to klucz do tej książki, najważniejszy trop, którym trzeba się kierować i przez który trzeba odczytywać treść. Najważniejszy i być może najbardziej zaskakujący – Wollstonecraft zmarła przy porodzie, więc teoretycznie nie mogła mieć żadnego wpływu na córkę. A jednak stało się inaczej – Mary Shelley dorastała w cieniu pamięci o matce, uczyła się liter na jej nagrobku, a potem stała się jej uczennicą i naśladowczynią. Mary Wollstonecraft dzisiaj najbardziej kojarzona jest z walki o prawa kobiety, ale nie tyko to ją zajmowało. Była filozofką, jak sama siebie określała, miała zdanie na bardzo wiele tematów, a jej poglądy wyprzedzały czasy, w których żyła. Mary Shelley znała fragmenty jej dzieł na pamięć – matka była dla niej jedynym słusznym kierunkowskazem w życiu.

Mary Wollstonecraft i Mary Shelley

Charlotte Gordon napisała świetną podwójną biografię. To książka, od której nie można się oderwać. Wiem, że pewnie spojrzycie na nią z przerażeniem (oprócz tych, którzy lubią takie grubaski), ale przekonacie się już po pierwszym rozdziale, że mam rację. Składa się na to kilka rzeczy. Duże znaczenie na pewno mają sprawy techniczne. Charlotte Gordon przeplata rozdziały o swoich bohaterkach – zaczyna od Mary Wollstonecraft, potem pisze o Mary Shelley, wraca do Wollstonecraft i tak dalej. Początkowo może to nieco wytrącić z rytmu czytelnika, bo kiedy kończy jeden rozdział musi się przenieść szybko w inną biografię. Ale kiedy sobie uświadomimy, że taki zabieg w sposób perfekcyjny podkreśla podobieństwo losów obu kobiet, pokazuje wpływ matki na córkę i kontynuacji myśli matki przez córkę, to nie będziemy mieć żadnych zastrzeżeń. To chyba najlepsze forma, by ukazać paralelizm losów i analogie pomiędzy ich wyborami. Rozdziały nie są długie, a to bardzo przyspiesza czytanie. 

Sprawy techniczne są ważne, ale nie da się ukryć, że ważniejsze są dwie kwestie, a w zasadzie trzy. To, jak autorka opisała nam tę historię i to, jak tłumacz ją przełożył. Charlotte Gordon spisała się świetnie, bo książkę czyta się jak romans historyczny. Oczywiście jest równowaga pomiędzy sprawami osobistymi bohaterek a ich pracą umysłową, dziełami jakie stworzyły, ich wpływem na późniejsze epoki i miejscem w historii literatury. To wszechstronna biografia, która pokazuje bohaterki z każdej możliwej strony, a jednocześnie zarysowuje bardzo mocno tło wydarzeń. To tło czasami potrafi się wysunąć na pierwszy plan – nic dziwnego, w końcu na kartach książki pojawiają się najbardziej znane nazwiska i najtęższe umysły, pisarze, poeci, filozofowie, ludzie, którzy tworzyli podwaliny dzisiejszego świata i historia, która tworzyła się na ich oczach.

Bibliografia ma 20 stron – możecie sobie wyobrazić, ile pracy musiało kosztować ułożenie spójnej historii. Muszę też podkreślić, jak świetną pracę wykonała Paulina Surniak, tłumaczka. Przez ponad 600 stron nie było momentu, w którym potknęłabym się na tekście, a myślę, że to szczególnie istotne przy tak obszernej i wszechstronnej książce.

Obejrzyjcie film, bo bardzo dobry jest!

Ostatnia rzecz jest najważniejsza. Nic, co wcześniej wymieniłam, nie pomogłoby, gdyby książka była o innych bohaterkach. Mary Wollstonecraft i Mary Shelley to wyjątkowe kobiety, które wzbudzają ogrom emocji w czytelniku. Uwielbiam biografie właśnie za to, że pokazują ludzkie oblicze postaci, które znamy z kart historii. Dzisiaj obydwie można określać mianem prekursorek feminizmu – i rzeczywiście nimi były, ale kiedy przeczytamy książkę, uświadomimy sobie, że wyglądało to zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażamy. I jedna, i druga wzbudza podziw i szacunek, ale jednocześnie potrafią zirytować i wkurzyć. Są momenty w ich biografiach, na które patrzymy z szeroko otwartymi ustami i mamy ochotę zapytać Ale serio? Są momenty, przy których dzisiejsze feministki łapią się pewnie za głowę, momenty, na które żadna współczesna kobieta, która jest świadoma własnej wartości, nie pozwoli w swoim życiu. Trudno jest pamiętać, że wtedy były naprawdę inne czasy, że kobieta bez mężczyzny nie istniała. Z dzisiejszej perspektywy z łatwością przyjdzie nam ocena, ale zanim to zrobicie, zatrzymajcie się na chwilę. Ja wpadłam w tę pułapkę i musiałam później z niej wychodzić. A z drugiej strony – ich słabości jeszcze bardziej podkreślają ich siłę. 

Najbardziej irytujący w tej książce są mężczyźni! Jak ja się mogłam denerwować! Okropni, obłudni, zadufani w sobie, robiący co im się żywnie podoba, nie zwracający uwagi na konsekwencje. I jeszcze podziwiani przez wszystkich! Podam wam jeden przykład – ojciec Mary. Człowiek, który ignorował ją, gdy uciekła z Shelley’em, a kiedy wyszła za niego za mąż zaczął się chwalić, że zdobyła dobrą partię. Nie odzywał się do niej latami, ale napisać, że nie ma pieniędzy, to potrafił. O Percym Shelley’u nawet nie wspomnę! 

Charlotte Gordon wykonała znakomitą pracę! Jestem pod olbrzymim wrażeniem ilości materiału, ale też poukładania go i stworzenia z niego dwóch równoległych, tak bardzo fascynujących opowieści. Jestem też pod wrażeniem bohaterek – to takie kobiety, które zdecydowanie warto poznać!

Poza znajomością losów Mary Wollstonecraft i Mary Shelley, wyniesiemy z lektury wiele innych rzeczy. Mnie spodobały się trzy:

♦ Zwróćcie uwagę na przykład na zagadnienie rozłączenia osoby od jego twórczości. Czy to, że kogoś lubimy automatycznie znaczy, że lubimy to, co pisze? I odwrotnie? Czy możliwe jest czytanie wierszy kogoś, kim pogardzamy za to, jak żył? Myślę tutaj np. o Shelley’u, którego wiersze robią wrażenie, ale po lekturze tej książki zdecydowanie nie jest moim ulubionym człowiekiem.

♦ Autorka zwraca uwagę na sam proces pisania biografii. Pisze o tym, jak trudno czasami poznać prawdę, jak ludzie wpływają na źródła i próbują zacierać ślady, jak zmienia się wersja w zależności od źródła. To ciekawe sprawy, o których zwykle nie myślimy, a które mają wpływ na historie, które poznajemy. Warto mieć tego świadomość.

♦ I ostatnia sprawa, która podoba mi się najbardziej! Mówi się, że dzisiejsze życie jest szybkie, że wszystko przyspieszyło, a my ledwie nadążamy. Ale ja po lekturze tej książki mam wrażenie, że zwolniło! Wiecie, że oni to wszystko przeżywali przed 30?? Pisali książki, tworzyli idee, wywoływali rewolucje, zmieniali świat, podróżowali o świecie, zapisywali się na kartach historii, kobiety rodziły po kilkoro dzieci – a wszystko to w okolicach 30! Ja mam teraz 33 lata i delikatnie mówiąc, czuję się onieśmielona, kiedy patrzę na swoje osiągnięcia życiowe.