
A kto właściwie ma świadomość, że w głębokich misach i rowach Vestfjorden pływają rekiny polarne, które dochodzą do siedmiu, ośmiu metrów długości i tysiąca dwustu kilogramów wagi? Oczywiście poza Hugonem?
Czasami spotykam książkę, o której wcale nie chcę pisać, bo mam wrażenie, że wszystko zepsuję 😉 Pamiętam jak wpadła mi w ręce książka Mikołaja Golachowskiego Czochrałem antarktycznego słonia i to uczucie natychmiastowego zakochania się w autorze i treści. Księgę morza postawię na półce zaraz obok Czochrałem…, a to największy komplement, jaki mogę napisać.
A w zasadzie zaczęło się od tytułu. Księga morza czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku podbiła moje serce absolutnie. Śmiem twierdzić, że to jeden z najlepszych tytułów, jakie w życiu widziałam. Książka o takim tytule po prostu musi być świetna – i zdecydowanie się nie zawiodłam. Do tego wiecie dobrze, że książki o przyrodzie bardzo mnie pociągają. Na początku nie byłam pewna, cóż to właściwie jest. Niby jest napisane, że reportaż, literatura faktu, ale za chwilę jest coś o rozmowach o życiu, o jakiejś wyprawie, o polowaniu… Kiedy już poskładałam wszystko w jedną całość i zdecydowałam, że książki o takim tytule nie mogę nie przeczytać, zakochałam się. Pisałam Wam to już? To teraz konkrety!
Morten A. Strøksnes razem ze swoim przyjacielem Hugonem mają cel do zrealizowania. Jest nim złowienie rekina polarnego tradycyjnym sposobem. Od autora wymaga to wielu wypraw na piękne Lofoty, dużej ilości przygotowań, zawieszenia na dłuższe okresy swojego zwykłego życia. Jednocześnie staje się to pewnego rodzaju rytuałem, czymś, co porządkuje czas i nadaje sens istnieniu. To pogoń za marzeniem, stan, kiedy człowiek opętany jest jedną myślą, od której nie może się uwolnić.
Jeszcze bardziej imponujące jest może to, że wiele głowonogów dziesięcioramiennych strzyka atramentową substancją, która przyjmuje w wodzie kształt ich ciała i w niektórych przypadkach zawiera świecące cząsteczki. Ludzi z podobnymi właściwościami znamy. Z komiksów lub filmów rysunkowych. Nazywają ich superbohaterami.
Gdyby to jednak była książka tylko o dwóch gościach siedzących w pontonie i próbujących upolować rekina, pewnie wyszłaby ciut nudna. Tymczasem jest magiczna, piękna, nie można się od niej oderwać i zaraz po skończeniu chce się ją zacząć czytać na nowo. Przyczyn jest wiele. Najpierw wspomnę o umiejętnościach literackich autora, bo potem już nie napiszę słowa na ten temat. A warto podkreślić, że takowe posiada, bo od pierwszego zdania intryguje i zaciekawia. Reportaż to i książka przyrodnicza w jednym, a czyta się jak najlepszą powieść. Autorom rzadko udaje się tak zgrabnie przemycić taki ogrom wiedzy. Zdania informujące są wplatane jakby mimochodem, zlewają się z innymi zdaniami, są właściwie niezauważalne (oprócz tych, które wzbudzają głośne wow). Uprzedzam jednak, że jeżeli będziecie czytać w pobliżu kogoś innego, właściwie przeczytacie mu prawie pół książki na głos. Bo ciekawostki i niesamowite informacje wręcz spływają z każdej kartki, a ty, czytelniku, czujesz natychmiastową potrzebę podzielenia się tymi fantastycznymi i nieprawdopodobnymi rzeczami, o których się właśnie dowiedziałeś. Absolutnie piękna narracja, naprawdę chciałabym, żeby wszystkie książki były tak pisane!
Więcej ludzi przebywało w kosmosie niż w głębinach oceanów. (…) Prawie wszystko co tam żyje, ma zadziwiające właściwości, jak gdyby te organizmy pochodziły z inne planety albo powstały w odległej przeszłości, kiedy panowały inne reguły, a każdą fantazję dało się urzeczywistnić.
Oprócz tego muszę wspomnieć o bohaterach. Nawet najlepsze umiejętności literackie nie pomogą, kiedy bohater jest nieciekawy. Czasami tak jest, że to opowieść wybiera człowieka i mam wrażenie, że to jest właśnie ten przypadek. Nikt inny nie mógł jej napisać. To musiał być Morten, a drugim bohaterem musiał być Hugo. Obydwaj są wspaniali, ich wiedza oszałamia (zwłaszcza Hugona), a trudne charaktery jak dla mnie są jeszcze bardziej pociągające.

Ostatnim powodem, dla którego ta książka od razu staje na półce moich ulubionych jest wiedza. Oceany nigdy nie były w spektrum moich zainteresowań. Oczywiście, zdarzało mi się coś czytać, w końcu wszelkie wyspiarskie opowieści uwielbiam, a one są przecież nierozerwalnie połączone z wodą. Ale okazuje się, że gdzieś tam miałam w sobie tę ciekawość, po prostu musiałam trafić na odpowiednią książkę. Na Księgę morza, w której Morten i Hugo dzielą się swoją wiedzą, ale też miłością do wody. A więc wiedza. Strøksnes pisze o historii poznawania głębin oceanów, początkach oceanografii, o badaczach mórz, którzy dzisiaj często pozostają zapomniani. Dowiadujemy się jak często jest wykorzystywane światło pod wodą, o przezroczystych rybach, o meduzach z 300 żołądkami. O tym, że atak kaszalota spermacowatego na Essex w Nantucket zaispirował Melville’a do stworzenia Moby Dicka; że ze skóry rekina polarnego robiono papier ścierny i że jedna rodzina – Stevensonowie – odpowiada za wszystkie 97 latarni zbudowanych ja wybrzeżu Szkocji w latach 1790-1940, a Robert Louis Stevenson (tak, ten od Wyspy Skarbów i Doktora Jekylla i pan Hyde’a) został czarną owcą w rodzinie, bo nie został inżynierem latarnictwa. Do tego dochodzi całe mnóstwo przeróżnych mitologii, historia mitycznej Północy i opisy relacji człowieka z wodą. Dla zwykłego człowieka, szczura lądowego woda to woda. Dla kogoś, kto związany jest z nią od zawsze, to żywioł najbardziej różnorodny na świecie. Odcienie, kolory, każdy ruch, najmniejszy wiatr coś znaczy, woda jest czymś ożywionym, największym przyjacielem lub najgorszym wrogiem. Opowiadając o wodzie, Strøksnes opowiada o życiu nad nią, o losie wyspiarza, o wiatrach. Ale woda daje pretekst autorowi do snucia rozważań właściwie o wszystkim – o ludziach, o życiu, o tym, dlaczego woda znajduje się w kosmosie, o jej historii, wyprawach polarnych i odkrywcach. Znajdziemy tu również absolutnie fantastyczne opowieści o średniowiecznym oskarżaniu wróbli za zbyt głośne ćwierkanie na mszy, o kartografach tworzących mapy potworów morskich i wniosek że tak naprawde dzisiaj znane niektóre gatunki sa o wiele dziwniejsze od tamtejszych potworów. Są również współczesne wątki ekologiczne, temat zanieszczyszczenia naszej planety, myśli o przemianach relacji człowiek-przyroda i pytania o to, jakiego koloru jest morze.
Przestrzeń, którą mam przed oczami, nie jest tylko odległością do pokonania, tak, żeby mieć ją już z głowy w drodze do wyznaczonego celu. Ona mnie otacza, jest silnym “tutaj”, poczuciem fizycznej obecności w nurcie u brzegów wysepki z latarnią Skrova.
Strøksnesowi udało się to wszystko połączyć w jedno. To naprawdę niesamowita gawęda, w której się zanurzycie bez wahania. A oprócz tych wszystkich zalet, które już wymieniłam, pozostaje jeszcze jedna – ślady, które książka zostawia. To coś, co uwielbiam, bo oprócz zdobytej wiedzy z kart książki, pozostaje po lekturze jeszcze ogrom inspiracji i motywacji, żeby wiele tematów dalej zgłębiać na własną rękę. Ja zostałam z najbardziej znanym latarnikiem ze starej Skrovy, Ellingiem Carlsenem, o którym pragnę więcej poczytać, z Olausem Magnusem i jego Cartą Mariną, z opowiadaniem Poego W bezdni Maelströmu, z książką Moby Duck Donovana Hohna, z Atlasem wysp odległych, który kiedyś czytałam, ale teraz zapragnęłam mieć na własność, z opowiadaniem D.H. Lawrence’a The man who loved islands, z genialną książką Wendy Williams Kraken: The Curious, Exciting, and Slightly Disturbing Science of Squid, z wampirzycą piekelną, która ma efekty specjalne jak w trzeciorzędnym thrillerze, a jednak jest najprawdziwsza na świecie – i z jeszcze kilkoma rzeczami. Na koniec jeszcze krótki cytat, który jest małą próbką tego, co tak naprawdę dzieje się pod wodą (i po którym z nowej perspektywy spojrzycie na wszelkie dziwne pomysły twórców filmów klasy B) i co napotkacie na kartach tej książki:
Niektóre głowonogi pływają z prędkością do 40 km na godzinę. Mają błękitną krew, trzy serca, mózg w każdej macce, komórki nerwowe, takie jak nasze, ale nie wiemy, czy kiedykolwiek śpią. Nie ulega wątpliwości, że są inteligentne i szybko uczą się symboli. I oczywiście bywają olbrzymie.
I tak, ta książka ma tylko nieco ponad 300 stron. Jak udało się autorowi stworzyć cały podwodny świat, razem z wyspiarskim, i przemycić taką dawkę informacji tak pięknie ubranej w słowa na zaledwie tylu stronach, nie mam pojęcia. Księga morza to przede wszystkim piękna opowieść. Książka, która w wprowadza nas w magiczny, wodny świat. I chociaż głównymi bohaterami są stwory zamieszkujące mało dostępne głębiny, to opowieść również o nas, o ludziach, pogoni za marzeniami i ich realizacji. Piękna książka, która inspiruje i zachwyca!
♦
Za możliwość przeczytania dziękuję
♦

Książka była na mojej wiosennej liście “must read”, ale po takiej recenzji chcę ją jeszcze bardziej 😉
Cieszę się bardzo! To prawdziwa perełka, która absolutnie zachwyca! 🙂
A jest tam o tej niesamowitej ośmiornicy, przy której kameleon wysiada?
Jest, ale wzmianka tylko, jako jeden z wielu przykładów na to, że życie pod wodą jest zadziwiające 🙂
Mnie również “Księga” oczarowała tytułem. Nie da się przejść obok niego obojętnie (ani przescrollować) 😀 Cieszę się, że jest tak dobra, jak się zapowiada. Zwłaszcza, że na rynku brakuje książek dobrych, lekkich i jednocześnie przekazujących dużo wiedzy 🙂
Ja też się ucieszyłam, że mogłam się nią zachwycić 🙂 Ja mam poczucie, że te książki gdzieś są, ale poukrywane… W końcu raz na jakiś czas wpadamy na takie 🙂
Jezu, jaka cudowna recenzja! Jeszcze kilka godzin i zagłębię się w tych morskich opowieściach <3
[…] zdobyć nową wiedzę. Całkiem niedawno na listę ulubionych książek tego rodzaju wpadła Księga morza, a dzisiaj dopisuję do niej […]
[…] Brali niechętnie, a oddawali z wielkim wow! Drugim tytułem, którego nie mogę pominąć jest Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porz…. Cóż, przyznacie, że za sam tytuł należy jej się miejsce w tym zestawieniu. Książka […]