Przemytnicy książek z Timbuktu

Jak się zdawało, w oczach każdego podróżnika, który dotarł do Timbuktu, miasto odzwierciedlało coś, co sam pragnął w nim odkryć.

Tłumaczenie Krzysztof Cieślik

Przemytnicy książek z Timbuktu to mój kolejny tegoroczny patronat. Ze wszystkich swoich patronatów jestem dumna, ale ten wyjątkowo mnie cieszy – uwielbiam książki o książkach, a znalezienie się na jednej z nich jest bardzo satysfakcjonującym doświadczeniem. Czytałam tę książkę z wielką ciekawością – tym większą, że historię przecież już znałam. Pamiętacie mój entuzjazm, kiedy wyszła książka Hardkorowi bibliotekarze z TimbuktuOdsyłam Was do tamtego tekstu, bo on zawiera wszystko – mój zachwyt historią, zdumienie, że nic o niej wcześniej nie wiedziałam, jej szczegóły, mnóstwo linków, które odsyłają do innych miejsc w internecie związanych z rękopisami. Nie chcę tego wszystkiego powtarzać, zwłaszcza, że czytanie Przemytników książek było zupełnie inne.

Obie te książki pozwoliły mi uświadomić sobie, jak wiele zależy od autora i jego postrzegania tematu. I jak wiele zależy od czytelnika i jego stanu wiedzy przed lekturą. Charliego Englisha czyta się doskonale – narracja jest dynamiczna, autor potrafi zaciekawić już od pierwszych zdań. Ale nic dziwnego – historia przeszmuglowania manuskryptów z miasta przez bibliotekarzy stała się obsesją autora – a z takich obsesji powstają zawsze najlepsze książki i opowieści. Rozdziały o współczesnym Timbuktu i opis akcji przenoszenia manuskryptów są przeplatane historią odkryć geograficznych, skupienia uwagi na Afryce, próbach dotarcia do Timbuktu oraz historią samego miasta. I o ile teraźniejszość jest fascynująca, to rozdziały o przeszłości wzbudziły moje większe zainteresowanie. Czytałam je z zapartym tchem, znajdując tam historię rozwoju nauki, opisy pierwszych ekspedycji, nazwiska śmiałków, którzy wyruszali na wyprawy wiedząc, że prawdopodobnie nigdy nie wrócą, wybitne postaci takie jak Ibn Battuta nazwany przez autora jednym z największych obieżyświatów w historii. Charlie English odmalowuje przed nami obraz Timbuktu, miasta niemal magicznego, które rozpalało wyobraźnię ludzi przez lata. To historia ludzkich marzeń, a jednocześnie historia nikczemności, jakich dopuścili się w Afryce Europejczycy. 

Najważniejsze w tej książce są dwie kwestie. Po pierwsze English doskonale łączy wszystkie elementy w tej wielowątkowej opowieści. Podkreśla znaczenie odkrycia manuskryptów. To one są powodem nowego spojrzenia na historię Afryki. Przed nimi panował przecież pogląd, że Afryka nie posiadała ani historii ani żadnej kultury przed przybyciem Europejczyków. Pisze również o Timbuktu, które zawsze musiało stawiać czoła własnej legendzie – najpierw miastu ze złotymi dachami, potem miastu uniwersyteckiemu, gdzie nauka królowała, jakby nigdy nie było dość dobre w takiej postaci, w jakiej jest. A przecież, jak pisze English, w Timbuktu mieszkało społeczeństwo cierpiące na poważną bibliofilię, ludzie, którzy mogli nie mieć wielu rzeczy, ale książki mieć musieli. Ta timbuktańska bibliofilia to jeden z piękniejszych rozdziałów kultury ludzkiej.

Ale druga kwestia jest jeszcze bardziej istotna, bo stawia w nowym świetle całą historię i wiele jej dodaje. Charlie English jest dziennikarzem, któremu entuzjazm i obsesja na dany temat nie przeszkadzają patrzeć obiektywnym wzrokiem na wydarzenia. Szuka, zadaje pytania, często niewygodne. Owszem, historia uratowania manuskryptów przez dzielnych bibliotekarzy jest wspaniała, ale czy na pewno wszystko odbyło się tak, jak powszechnie się sądzi? Bo po pierwsze najprawdopodobniej same manuskrypty wyobrażacie sobie inaczej niż wyglądają w rzeczywistości. W wielu przypadkach nazwanie ich książkami to duże naciąganie. Po drugie ich wartość merytoryczna również nie jest tak wielka, jak media przedstawiają. Ich ilość równie trudno oszacować. W końcu sens i potrzeba samej akcji jest też kwestionowana, a to, że autor nie otrzymał jasnych odpowiedzi na swoje pytania zmusza do myślenia, że jakieś ziarnko prawdy musi w tym być.

Rysunek Rene-Auguste Caillie z 1827 roku.

Największą wartością tej książki jest właśnie to, że Charlie English sprowadza nas na ziemię. Jakkolwiek fantastycznie nie brzmi historia o dzielnych bibliotekarzach ratujących dziedzictwo kulturowe, musimy wziąć pod uwagę, że w rzeczywistości to wyglądało być może trochę inaczej. English wspaniale pokazuje cały proces przekształcenia wydarzenia przez media, wpływu wyobraźni ludzkiej na fakty, zależności między instytucjami, mediami i pieniędzmi. Pojawiają się niespójności, kłamstwa, zarzuty, walka o pieniądze – czyli te wszystkie bardzo ludzkie rzeczy, bez których nie może się obejść prawie żadna historia.

W dalszym ciągu historia przewiezienia manuskryptów budzi we mnie podziw i wielką fascynację, ale dzięki tej książce mogę wyjść poza własny entuzjazm i trzeźwiejszym okiem spojrzeć na fakty. Bardzo polecam, bo to fantastyczna lektura – opowiada niesamowitą historię, jednocześnie pokazując wszystkie odcienie człowieczeństwa. 

Za możliwość patronowania książce dziękujępoznańskie, góry, himalaizm